Enter your keyword

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaciekawił. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaciekawił. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 czerwca 2017

Ponad wszystko [recenzja] [audiorecenzja]

By On 12:37
Ponad wszystko” (ang. Everything everything/ 2017 / reż. Stella Meghie) to całkiem dobra nazwa, jak na tematykę produkcji. Choć może niekoniecznie w pozytywnym sensie. Ponad wszystko bo ponad nudę na ekranie, grę aktorską i przewidywalność filmu. Ostatecznie ponad braki pomysłów na jego zakończenie. Mimo wszystko sam film mnie urzekł, ponad wszystko co w nim było złe.
ON: Był to film po którym mam dziwne odczucia. Podobał mi się i nie podobał. Nie zaciekawił, ale też nie nudził. Był przewidywalny, ale historia wciągnęła. Sam nie wiem czy więcej w nim było dobrego czy złego kina, lecz ocenić jakoś spróbuję.
Maddy (Amandla Stenberg) od siedemnastu lat jest zamknięta we własnym domu niczym w więzieniu. I choć dom, w którym przyszło jej mieszkać jest wyjątkowo bogato urządzony, oszklony i w pełni dopasowany do potrzeb swojej niewychodzącej mieszkanki, to nadal nie imituje nawet w ułamku procenta tego, co można spotkać za jego progiem.
ON: Ale za to jakże bezpiecznie może się czuć w swojej oazie!

Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać niż przeczytać 😏

O wyjściu na zewnątrz nie może być mowy – Maddy jest chora na SCID, czyli ciężki złożony niedobór odporności w wyniku niedoboru deaminazy adenozynowej. Brzmi niemal tak kosmicznie jak kosmicznie w swoim domku na Marsie czuje się sama nastolatka. Jedyna styczność z innymi ludźmi przychodzi do niej w postaci pielęgniarki i nadopiekuńczej matki. Niewiele jak na nastoletnie zapotrzebowanie… Gdy do domu obok wprowadza się Olly (Nick Robinson) i po raz pierwszy staje w oknie po drugiej stronie hermetycznego okna Maddy, jej świat trzęsie się w posadach.
ON: Oraz jak można się domyślić pojawiają się pierwsze pęknięcia w tym domowym bunkrze przygotowanym przez matkę Maddy.
Film jest ekranizacją głośnej książki Nicola Yoon o tym samym tytule, dość wysoko ocenianej na tematycznych stronach. Stąd doczekawszy się wydania filmowego powinien ten poziom przynajmniej podtrzymać. Główny problem jaki mam z „Ponad wszystko” to fakt, iż ostatnimi czasy niemal, co chwilę raczeni jesteśmy równie ckliwymi opowieściami o śmiertelnie chorych nastolatkach.
ON: Oj tak, mogę się mylić, ale wydaje mi się, że co najmniej raz w roku musi wyjść film o zmagających się z przeciwnościami losu młodych ludziach, którzy odkrywają miłość, lub o nią walczą.
Choć chwytają za serce, choć sprawiają, że człowiek jakby bardziej docenia swoje życie i zaczyna uważać własne problemy za mniej istotne, to również znieczulają na każde kolejne wyciskacze łez. Jeżeli o Ponad wszystko chodzi, to równolegle mamy do czynienia ze współczesnym love story w wydaniu nastolatków. Jest to wszystko urocze, tkliwe i niewinne. Cała wymiana smsowo-mailowa trafiała do mnie jako do kobiety i rozumiem jej założenie, trochę współczuję męskiej stronie widowni, która zdecydowała się pójść z ukochanymi na seans. Poprzeczka romantyzmu postawiona wysoko! Mam tu na myśli głównie upór Olly'ego…
ON: Wypraszam sobie :) mnie ten motyw nie rozczarował, ani nie zmęczył! Moja romantyczna dusza parę razy zklaskała z zachwytu nad pomysłem realcji dwójki zakochanych. Swoją drogą to nigdy nie uchylałem się przed romansidłami czy komediami romantycznymi! Takich facetów jest zresztą mnóstwo, po prostu nie każdy się do tego przyznaje...
Z pozoru nudny film, rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni, reżyser koncepcją przeniósł w głąb umysłu bohaterów, a tu nawet smsy pokazane zostały inaczej i oryginalnej. Nie rozumiałam kilku zabiegów – głównie tych rozgrywających się w skomplikowanym i odciętym od świata umyśle Maddy (kosmonauta?), ale nie przeszkadzało mi to praktycznie wcale, patrząc po ogóle.
ON: Nieczytając książki mogę jedynie się domyślać, że tam ten wątek rozwinięto, a do filmu starali się go wcisnąć nie szukając czasu na wyjaśnienia.
Długo by mówić o przewidywalności i brakach aktorskich, ale nie widzę większego sensu by skupiać się na minusach. Film wart poświęcenia kilkudziesięciu minut swojego czasu, niekoniecznie obowiązkowo już w tym momencie, gdy jeszcze leci na dużym ekranie. Nudny – nikogo nie zamierzam oszukiwać, nic wielkiego i porywającego nie ma w nim miejsca, to nie film akcji z milionem zwrotów, ale wartościowy pod względem emocjonalnym. Na takie filmy mówię – motywatory. To motywator do zmiany postrzegania swojego życia.

średnia ocen 5,9
czyli... zaciekawił

czwartek, 8 czerwca 2017

Sing [recenzja] [audiorecenzja]

By On 18:54
Szumnie zapowiadana setkami zwiastunów na kilka miesięcy przed premierą. Ogłoszona hitem nim się jeszcze pojawiła na ekranach. Tak tak Moi Mili, mowa o animacji Illumination „Sing” ( 2016/ reż. Garth Jennings). Bajce o tyle dziwnej, że za pierwszym podejściem – tym premierowo kinowym – odrzuciło nas od niej zupełnie, a z seansu wychodziliśmy zażenowani, ale o dziwo przy podejściu drugim, już w domowych pieleszach, na Chili.tv coś pękło, ułożyło się na nowo i z lekkością dobrnęliśmy do końca. No przynajmniej ja – a Ty?
ON: Wywołany do tablicy muszę stwierdzić, że faktycznie drugi seans podobał mi się dużo bardziej. Pierwsze podejście rozczarowało, drugie miało być lekkie, szybkie i przyjemne – zdało egzamin. Takie filmy chce się oglądać w weekendowe, senne poranki!
Buster Moon (Matthew McConaughey/Marcin Dorociński) to urodzony optymista. Pomimo rozpadającego się miejsca pracy, które jest jednocześnie jego własnością, pomysłem na życie i domem – nie traci nadziei na sukces. Nigdy (!) choć brakuje prądu, choć ściany pękają od pukania nieopłaconych fachowców, a bankowa windykacja dzwoni nieustająco... Sukcesem tym jest wskrzeszenie do aktywnego działania, ukochanego, w pocie czoła wykupionego mu przez ojca, starego teatru. Z pomocą podstarzałej już sekretarki Panny Crawly (Garth Jenning – reżyser!) organizują w ramach ostatniego tchnienia teatru – konkurs wokalny. Swoiste być albo nie być w wersji talent show.

Audiorecenzja dla tych, co wolą posłuchać niż przeczytać 😏



ON: Talent show, który przez nieudolność Panny Crawly ma szansę zamienić się w kopalnię wokalnych talentów. Poza właśnie Busterem i jego asystentką poznajemy losy kilku ciekawych postaci. Przybliżone są nam ich historie i drogi jakie przeszli by stanąć na deskach teatru.
Fabuła animacji nie zachwyca. Przez pierwszych kilkadziesiąt minut na ekranie niewiele się dzieje. Poznajemy i to w ślimaczym tempie wszystkich bohaterów i oglądamy Idola w wersji animowanej. Ze staraniami o pieniądze Bustera w tle.

ON: Mnie sam motyw castingu się podobał. Nawet parę razy udało mi się podczas niego uśmiechnąć. Twórcy oryginalnie dopasowali różne gatunki zwierząt pod konkretne gatunki muzyczne.
Sami bohaterowie to stereotypowi i pełni sprzeczności ludzie w wersji zwierzęcej. Do polubienia – mi osobiście do gustu najbardziej przypadł wrażliwiec Johnny, który wolał śpiewać niż kraść. No sami widzicie, bajka z wartościami dla dzieci! Ewidentnie. Ostatecznie akcja skupia uwagę dopiero na ostatnie trzydzieści-czterdzieści minut wplatając w treść morał i element wzruszenia. Cała reszta oparta na miłej dla oka – choć już aż nadto znajomej kresce i znanych motywach muzycznych.

ON: Niestety jak na film z taką promocją nie dostaliśmy nic odkrywczego. Wątki ani trochę nie pachniały świeżością, miałem wrażenie że gdzieś już wszystko widziałem. Sama historia stworzona z pomysłem, lecz nie postawiono ostatecznie kropki nad i. Nawet bohaterowie, mimo że charakterystyczni i ciekawi, to nie trafili do mojego serca tak jak to bywa z podobnymi produkcjami.

Bajka w głównej mierze skierowana do najmłodszych widzów. Ze świecą – w końcu prąd jest w teatrze Bustera Moona rzadkością – szukać tu jakichkolwiek dwuznacznych żartów, które zrozumieliby wyłącznie dorośli. Jak już wcześniej wspomniałam, seans kinowy nie zachwycił, zapewne głównie przez wysokie oczekiwania wykreowane zapowiedziami. Pozycja wpisała się za to jako idealna opcja do niedzielnego śniadania. Nic dodać nic ująć. Bardziej na seans rodzinny i z pociechami niż na wieczór we dwoje. 

średnia ocen 6,1
czyli... zaciekawił
Film obejrzany dzięki

czwartek, 18 maja 2017

The Circle. Krąg [recenzja]

By On 22:23

Wyczekiwałam seansu „The Circle. Krąg” (ang. The Circle / 2017) od kilku miesięcy. Właściwie to od pierwszego zwiastunu kinowego nowego filmu Jamesa Ponsoldt, który jak do tej pory w swoim reżyserskim dorobku nie miał ani jednego sukcesu.
ON: Nie znałem nawet człowieka!
Czekałam więc nie przez wzgląd na niego, o nie, a przez fakt, iż dwie główne rolę grają w nim Emma Watson i Tom Hanks – moi ekranowi ulubieńcy.
ON: A tych państwa znam doskonale! :)
Efektem przed premierowego pokazu jest moje zupełne zmieszanie i natłok sprzecznych myśli… I nie chodzi tu o to, że film był beznadziejny, a moje oczekiwania zostały bezwzględnie zdeptane, nie o to. Film był o czymś, poruszył ciekawy wątek, aktorsko również fajnie i ze smakiem ALE… no trzymajcie mnie, co to za propaganda?!
ON: Trzymać Ciebie? To ja muszę walczyć ze sobą, aby nie wyjechać z jakimś rozbudowanym politycznym monologiem!
Mae (Emma Watson) to młoda kobieta pracująca na nazwijmy to miękkiej, telefonicznej windykacji. Na co dzień spędzająca swój służbowy czas w szarych, depresyjnych boksach. Pozbawiona perspektyw na rozwój, bez przyszłości i nie oszukujmy się – bez wiary, że cokolwiek ulegnie zmianie.
ON: Obraz młodego człowieka współczesnych czasów. Uczciwa, nieco wycofana osoba, bez znajomości, ale z dużym potencjałem męczy się w pracy bez perspektyw...
Dodatkowo z problemami rodzinnymi – ojciec chory na stwardnienie rozsiane bez prawa do finansowania leczenia. Smutek aż wylewał się z ekranu. I to rzewnie. Pewnego dnia odbiera telefon, który zmienia wszystko. Jej przyjaciółka Annie (Karen Gillan – znana, choć praktycznie nierozpoznawalna, z Strażnicy Galaktyki vol 2) załatwiła Mae rozmowę kwalifikacyjną w największej i najbardziej wpływowej firmie informatycznej – Krąg. Taka rozmowa, mili Państwo, jest nie tylko cudem, ale istnym darem od losu, gdyż firma jest zgoła inna niż jej obecna, z pozoru idealna pod każdym względem.
ON: Właściwie to bez znajomości i nieco farta nawet nie zostałaby zauważona Pełna zaangażowania, konsekwencji i we wsparciu rodziny i przyjaciół wyrusza więc odmienić swoje życie i wpada jak śliwka w kompot, a może raczej jak telegram w morze obserwowanych na każdym kroku emotikon.
The Circle. Krąg to pozycja o trudnym temacie prywatności pomieszanej z psychologią zachowań. Co mam na myśli? Otóż to, iż film podnosi ciekawą tezę, którą forsują wszyscy pracownicy i założyciele korporacji – jesteśmy bezpieczniejsi jeżeli jesteśmy obserwowani, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Non stop. No może z wyjątkiem spraw toaletowych – wiadomo, ale przykładowo preferencji łóżkowych już nie. Istny Big Brother. No więc teza jest taka, że człowiek obserwowany wypracowuje samoistne hamulce przed niewłaściwymi zachowaniami, a co za tym idzie nie popełnia zbrodni. I jest sobą. Jak dla mnie – odważnie, na czasie i… czysto propagandowo.
ON: Momentami aż mi się nóż w kieszeni otwierał. Nie chcę wchodzić w treść filmu, aby nie zarzucano mi spoilerów, ale napisać muszę chociaż to – film ma zadanie pokazać jak dobrą rzeczą jest inwigilacja nasz wszystkich. Naturalnie kojarzyło mi się to ze światem Orwella, tyle że z rozwiniętą technologią. Przekaz moim zdaniem bardzo niebezpieczny, który bez refleksji może podłapać wiele osób. Pamiętajmy, że powinniśmy żyć w świecie gdzie rządzi hasło „Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. Wolnością jest także prywatność, której nie możemy pozwolić sobie odebrać – nawet w imię na pozór pięknych idei.
Tyle w ocenie fabuły. Teraz słów kilka o realizacji. Tutaj zaczynają się niestety schody, bo jakkolwiek rozpatrujemy podłoże fabuły i jej moralny sens, to nie możemy zaprzeczyć, iż całokształt przyciąga. Rozwiązania technologiczne – super, wywarcie myślotoku „a gdyby tak było naprawdę?” - super, aktorzy – ok!, a jednak całokształtowi daleko od ideału.
ON: Z tego względu mam właśnie ogromny dylemat. Z jednej strony treść filmu z którą się całkowicie nie zgadzam i forma przekazu jest dla mnie nie do zaakceptowania. Z drugiej strony… To była naprawdę solidna produkcja! Aktorsko zagrana świetnie! Pokazanie Circle jako firmy, otoczki wokół, pracowników i tego jak wpływa na świat – ukłony dla twórców! Niewiele jest rzeczy, do których mogę się doczepić pod kątem montażu.
Tak blisko, a jednak tak daleko. Gdzieś z tyłu głowy miałam jeszcze nadzieje, że zakończenie zwali z nóg, okaże całą niewygodną prawdę rozwiązań transmisji live i bycia zawsze online… ale nic z tych rzeczy.

Z bólem serca muszę przyznać, że spodziewałam się po tym filmie dużo więcej i zawiodłam się. 

średnia ocen 6,4
czyli... zaciekawił!

niedziela, 7 maja 2017

Inferno [recenzja]

By On 19:47
Wyznaję taką jedną zasadę, od której nie robię wyjątków. Znając możliwości zepsucia niemal wszystkiego, starając się upchnąć na siłę kilkaset stron wartkiej i nasączonej szczegółami historii, w stu kilku minutach – nigdy(!) nie chodzę na ekranizację nim nie przeczytam książki!
ON: A ja wiele razy przed przeczytaniem książki obejrzałem film 😏
Ma to swoje plusy i minusy, jak wszystko, co nas na tym świecie otacza. Zazwyczaj jestem po prostu bogatsza o wiedzę i wypełniam tą książkową wiedzą luki w filmie. Rzadko film podoba mi się bardziej. Pamiętam jakby to było wczoraj, -gdy z bibliotecznej półki ściągnęłam swoją pierwszą książkę D. Browna „Kod Leonarda da Vinci” i wpadłam jak śliwka w kompot. Śmiało mówiłam wtedy o sobie, że jestem fanką jego twórczości, a „Anioły i Demony” to w dalszym ciągu jedna z moich ulubionych pozycji. Entuzjazm straciłam już przy „Zaginionym symbolu” oraz niedoczytanym przeze mnie „Inferno”.
ON: Zmieniając trochę temat z filmu na książki to przecież „Zaginiony Symbol” jest naprawdę całkiem niezłą książką przygodową, natomiast „Inferno” to no cóż… Doczytałem do końca, ale jako książka była słabiutka.
I tutaj szlag jasny trafił moją zasadę, która od teraz brzmieć musi prawie nigdy!… Bo mimo niedobrnięcia do końca książkowej historii, dziś słów kilka o ekranizacji „Inferno” (reż. Ron Howard/2016) obejrzanej w opcji wypożyczenia na Chili.Tv - Inferno
Robert Langdon (Tom Hanks) to ceniony znawca symboliki religijnej i profesor Harwardu. Niejednokrotnie już wcześniej pomocny przy rozwiązywaniu skomplikowanych zagadek mających swe podnóża w przeszłości.
ON: Ponadto ma w sobię tą ciekawą przypadłość, że będąc z pozoru spokojnym i przyjaznym profesorem wplątuje się w niespotykanie niebezpieczne przygody, często ryzykując życiem by rozwikłać zagadkę. Aż dziw, że Langdon nie boi się wychodzić z domu!
Budzi się w szpitalnym łóżku, z potężnym bólem głowy i sennymi, naturalistycznymi wręcz wizjami nadchodzącej apokalipsy. Co tak naprawdę się z nim dzieje? Gdzie jest? Sienna Brooks (Felicity Jones) – lekarka, uświadamia mu, że padł ofiarą napaści. Ostatnim wspomnieniem jest ławka, na której siedział w kampusie, ale zaraz zaraz... jedno spojrzenie za okno i Robert już wie, że coś tu ewidentnie jest nie tak. Co on do cholery robi we Florencji?! 
ON: Florencji, która powala swoim pięknem, zabytkami, klimatem! Jest to bez dwóch zdań największy plus filmu. Aż szkoda, że obrazków z tego pięknego miasta nie było więcej.
Nim odnajduje w umyśle odpowiedź, kobieta ubrana w strój Carabinieri wkracza na korytarz szpitala i bez ceregieli zaczyna do niego strzelać. Sienna działając nad wyraz sprawnie, zamyka w ostatniej chwili drzwi, ciągnie za sobą Langdona i chcąc nie chcąc wyrusza wraz z nim w podróż zaplanowaną przez ekscentrycznego multimilionera Zobrista, pełną zaskakujących zwrotów akcji, zagadek ściśle powiązanych z powieścią Dantego, na końcu której czeka na nich... Inferno.
W książce wymiękłam jakoś tak pomiędzy ucieczką Roberta i Sienny, a ucieczką Roberta i Sienny. Było tego dla mnie po prostu za wiele. Na szczęście nie miało to wpływu na ekranizację. Akcja goni akcję, a zawiłości zagadek postawionych przez Langdonem i jego towarzyszką przypominają mi modną ostatnią zabawę zwaną escape room.
ON: I co ciekawe, ja wcale nie widziałem tam aż tak wielu wciągających zagadek. Film jest w miarę wierną ekranizacją powieści Browna. Książka mnie nie zafascynowała, film też nie wciągnął.
Wszystkie fakty porozrzucane niczym puzzle łączą się w końcu w zaskakującą i wcale nie aż tak niemożliwą w rzeczywistości, prawdę – ktoś zastawił sidła na całą ludzkość. Fajnie pokazane zostały sceny snów głównego bohatera – wizualizacje opisów piekła stworzonego przez Dantego. Dające do myślenia i szokujące wizualnie. Niestety dialogi nie zachwycały… A sam ubóstwiany przeze mnie Tom Hanks mimo niewątpliwego kunsztu wypadł blado. Może dlatego, że był tu tylko po to aby mądrzyć się i biegać od zagadki do zagadki. Może też dlatego, że nie było zbytnio czasu na podziwianie gry aktorskiej, gdy fabuła odkrywała coraz to nowe zagadnienia, na których trzeba było skupić większą uwagę.
Inferno to idealny film dla wszystkich miłośników teorii spiskowych, a dodatkowo i dla tych, którzy lubią gdy dużo i szybko się dzieje.
ON: Owszem, plusem Inferno jest jedynie ciekawa koncepcja międzynarodowej intrygi oraz to, że jest dużo akcji i wątków. Szkoda jedynie, że w średnim wykonaniu.
Trochę w nim z dreszczowca udekorowanego ciekawostkami. Miła opcja na wieczór, choć nie wybitna.

średnia ocen 6,5
czyli... zaciekawił

film obejrzany dzięki uprzejmości Chili Cinema

sobota, 18 marca 2017

Piękna i Bestia [recenzja]

By On 11:18
„Piękna i bestia” była jedną z moich ulubionych bajek słuchanych przed snem, gdy byłam jeszcze małym brzdącem… Miałam więc wobec jej ekranizacji naprawdę spore oczekiwania. Głównie wynikające z sentymentu, ale nie tylko. W postać Belli czyli tytułowej Pięknej wcieliła się Emma Watson – której nie idzie nie polubić na srebrnym ekranie. Dodałam więc dwa do dwóch i wybraliśmy się do kina. Drodzy Moi „Piękna i bestia” w ekranizacji z 2017 (ang. Beauty and the Beast / reż. Bill Condon) to fantasy, romans i … musical w jednym [ON: Musicalem… dla mnie to była katorga]. Dodajcie do tego sentymentalną podróż w czasy dzieciństwa z Disneyem, delikatny oczopląs, gdyż tyle się dzieje, a film może już tylko zachwycić wielobarwnością, muzyką i takim zwyczajnym prostym pięknem. [ON: Na ekranie cały czas coś się ruszało, migało, skakało, doprowadzając niemal do zawrotów w głowie. To wszystko nie pozwoliło mi na pełnym zainteresowaniu fabułą].

środa, 15 marca 2017

Gold [recenzja]

By On 08:47

Ekstremalnie irytujący, obleśny w całej swojej prostackiej postawie, skrajnie zwyczajny i zaniedbany buc (!) z wielkim, wybujałym ego. Przy tym wszystkim genialnie stworzona postać filmowa, kunszt aktorski na najwyższym poziomie i niepodważalnie podtrzymany oscarowy poziom – taki oto był w „Gold” (ang. Gold / reż. Stephen Gaghan) odtwórca głównej roli – Matthew McConaughey. Na całe szczęście, bo gdyby nie dobrze zbudowana od samych podstaw rola, film okazałby się totalną ka-ta-stro-fą!
ON: Kreacja głównego bohatera była jedynie wisienką na torcie jakim był ten świetny film. Dwie godziny minęły szybciutko i pozostawiły niedosyt, gdyż z chęcią zobaczyłbym dalsze losy Kenny'ego Wells'a!
Pochwaliłam, co mogłam, a teraz do rzeczy…Kenny Wells (M. McConaughey), to wychowany w bogatej rodzinie, rozpieszczony i zadufany w sobie, a na dodatek bardzo przeciętnie atrakcyjny mężczyzna. Pracując w rodzinnej firmie w Nevadzie, założonej jeszcze przez dziadka, zajmuje się szeroko rozumianym poszukiwaniem skarbów skrzętnie poukrywanych po świecie przez Matkę Ziemię. Po stracie ojca, przejmuje rodzinny biznes, który doszczętnie rujnuje w zadziwiająco szybkim czasie. Oczywiście mamy tutaj całą masę argumentów-wymówek przemawiających za zwykłym pechem – krach, spadek konsumpcjonizmu itp.itd., ale w moim osobistym odczuciu facet zwyczajnie pokpił sprawę.
ON: Mnie się wydaje, że nie pokpił, a jedynie miał charakter który mógł doprowadzić albo do niewyobrażalnego bogactwa, abo do całkowitego bankructwa. Balansował na bardzo cienkiej linii.
Chcąc odbić się od dna wyrusza za ostatnie grosze do Indonezji w poszukiwaniu „starego znajomego” geologa – Michaela Acosta (Edgar Ramirez), którego odnajdując namawia na wspólny biznes wydobywczy. Wszystko bez choćby odrobiny trudności…
ON: Determinacja i wiara w spełnienie marzeń na granicy szaleństwa. Takie cechy można jedynie cenić, a wręcz niekiedy brać przykład.
Nie wchodząc w spoilery – film nie powala. Można docenić kreację McConaughey i nic ponadto. „Gold” jest zdecydowanie zbyt monotonny i płaski fabularnie. Nie zastaniesz w nim ni krzty rosnącego napięcia czy choćby punktu kulminacyjnego. Historia ciekawa – a i owszem, ale reżyser nie wykorzystał potencjału. Nudziłam się…
ON: Ależ po stokroć się nie zgadzam! Płaski fabularnie? Film był naprawdę wielowątkowy! Wiele na prawdę ciekawych wątków tworzyło fantastyczną opowieść. Być może wstęp był minimalnie przeciągnięty i mógł sprawiać wrażenie nudnego, ale kiedy nadszedł punkt kulminacyjny, a nadszedł (!) to akcja gnała do przodu i była pełna niespodzianek. Oczywiście nie było tu pościgów, strzelanin, ani zaskakujących śmierci, ale kapitalne dialogi i przygody bohaterów dały mi dużo frajdy.
Flaki z olejem, które nie mogły się skończyć, niemal jak w „Django” (reż. Tarantino), choć tam przynajmniej wielokrotne zmierzanie fabuły do końca było zamierzone i wynikało z groteskowego charakteru filmu. W „Gold” na zakończenie nie było zwyczajnie pomysłu, a gdy już ktoś ten pomysł znalazł, nie było źle, choć dalej bez rewelacji.
ON: I tu się zgodzimy, końcówka faktycznie przyniosła mały niedosyt.
Film zdecydowanie na raz, choć zaryzykowałabym stwierdzeniem, że nawet ten raz to o dwa razy za dużo.
ON: Chyba wybrałaś zły dzień na oglądanie tego filmu :) być może nie był wybitny, ale z pewnością jest to solidne kino przez duże K, a Twoją krytyczną ocenę uważam za zbyt surową :)

Na plus – obrazki indonezyjskiej puszczy. Na minus – 121 minut męczarni.

średnia ocen 5,7
czyli... zaciekawił!

piątek, 10 marca 2017

Ukryte działania [recenzja]

By On 10:04

Niekryte działania w filmie „Ukryte działania” (ang. Hidden Figures / reż. Theodore Melfi). Uwielbiam filmy oparte na prawdziwych wydarzeniach. Z wypiekami na policzkach oglądam wszystkie produkcje biograficzne o ciekawych postaciach na zasadzie utartego sloganu, że życie pisze najlepsze scenariusze. Problem powstaje niestety, gdy świetny scenariusz „z życia wzięty” zostaje na sile podkoloryzowany przez reżyserów filmowych.

środa, 8 marca 2017

Księga dżungli [recenzja]

By On 19:43

Oni tam go zniszczą. Zrobią z niego człowieka” - to jedno zdanie z filmu „Księga Dżungli” (ang. The Jungle Book, reż. Jon Favreau) utknęło mi po seansie w pamięci. Może nie każdy to wychwyci, choć „żart” jest prosty, to zdanie jest jednoznaczne – zwierzęta w „Księga Dżungli” mają ludzi za potwory. I to potwory władające magicznym i niebezpiecznie groźnym „czerwonym kwiatem” (ogień). Historia Mowgliego – dziecka wychowanego przez watahę wilków na wilka, opiera się właśnie na tej nienawiści do nas – ludzi. [ON: Nienawiści i strachu]

niedziela, 5 marca 2017

Maria Skłodowska-Curie [recenzja]

By On 20:57
Nudny. Aczkolwiek w tej swojej nudności w jakiś nieokreślony sposób uroczy. "Maria Skłodowska-Curie" (reż. Marie Noelle /2016) to dramatyczny film biograficzny. Postaci Madame Curie raczej nikomu przedstawiać nie trzeba, ale już osiągnięć i nagród w szerszej perspektywie trudno szukać w podstawie programowej kraju, z którego pochodziła. Przykre - to nawet za mało powiedziane. Oczywistym jest, że ją znamy, ale kto niezwiązany oczywiście z fizyką jest w stanie dopasować do niej zdanie "pierwsze kobieta podwójnie uhonorowana nagrodą Nobla"? Cóż, albo solidnie wagarowałam, gdy przerabialiśmy jej sylwetkę, albo zwyczajnie nikt tej wiedzy nie przekazuje w odpowiedni i wyczerpujący sposób. Przecież powinniśmy być dumni i dumę przekazywać kolejnym pokoleniom. Film "Maria Skłodowska-Curie" to tak naprawdę zaledwie wstęp do rozpoczęcia poszukiwań na własną rękę na temat noblistki, skutecznie skłaniający do doczytania "tego i owego". Taki był chyba zamysł, film ewidentnie "skrojony" pod festiwale filmowe, nie dla szerszej widowni. Jakoś tak określenie "kinowy" mi do niego nie pasuje. [ON: Taki film był potrzebny z jednego prostego powodu. Zbyt dużo w naszym kraju mówi się o ludziach o niejasnej opinii, a za mało o wielkich Polkach i Polakach. Wbrew temu co się wmawia na łamach wielu mediów mamy czym i powinniśmy się szczycić, naszą historią w tym bohaterami sprzed lat. Mieliśmy wspaniałe postaci w historii Polski, a jedną z takich osób jest niesamowita postać Marii Skłodowskiej-Curie.]

środa, 22 lutego 2017

Dlaczego on? [recenzja]

By On 21:34


„Dlaczego on?” nie mam zielonego pojęcia. Na miejscu głównej bohaterki – Stephanie Fleming, uciekłabym z krzykiem przy pierwszej akcji ekscentrycznego multimilionera Lairda Mayhew. Wystarczyłoby gdyby się odezwał… Ale typy są różne, a o gustach również tych miłosnych się nie dyskutuje. Miłość ponoć jest ślepa, a film „Dlaczego on?” jest tego wzorcowym przykładem. Historia oparta jest na dobrze znanym ludzkości schemacie – ukochana córeczka tatusia przedstawia swojego chłopaka rodzinie. Sytuacja już na starcie nie jest prosta – bo choćby przyszły zięć był ideałem, rodzice i tak znajdą dziurę w całym (chcąc oczywiście „jak najlepiej” dla swojego dziecka).
[ON: Ach ci rodzice – zawsze wiedzą lepiej co dla nas dobre:)]
W tym przypadku po dotarciu na zorganizowane spotkanie okazuje się, że wielka miłość córki – Laird, jest potentatem na rynku gier, mieszka w wielkiej posiadłości i jest … dziwakiem.
[ON: A jego znajomym jest sam Elon Musk!!]
Przeklina na potęgę, pali i z tak wielkim zaangażowaniem pragnie wkupić się w nową- przyszłą rodzinę, że za nic mu to nie wychodzi. Podrywa przyszłą teściową, ratuję z opałów finansowych teścia… Teścia, który teściem kategorycznie zostać nie chce.
[ON: Wiadomo że to luźna historia, jednak troszeczkę irytował fakt, że po każdym wybryku Lairda jego ukochana obrażała się i była zaskoczona, że jej narzeczony jest.. sobą – czyli takim jakiego kocha. Trochę brak logiki.]
Jak można się spodziewać (po gatunku..) film jest typową amerykańską
komedią. Gagi są czasem mniej czasem bardziej śmieszne, aczkolwiek – co ważne ! - nie są irytujące.
[ON: Autorzy chyba nie potrafili się zdecydować w którą stronę pójść, ponieważ pojawiały się jednocześnie głupie i prostackie żarty, a także takie przy których mogliśmy śmiać się na głos, albo skłonić do refleksji.]
Nie jest to ani hit ani film w typie „must-see”. Lekkie, łatwe i przyjemne kino na niewymagający piątkowy wieczór w domowym zaciszu – gdy nie chcesz specjalnie się skupić, nie wymagasz wartkiej akcji ani konieczności myślenia.
Moja babska strona dodatkowo nakazuje mi dodać, że film od strony związkowej i romantycznej nie jest zwykłą tandetą – można uronić łezkę, gdy się jest wrażliwszym. Bohaterzy są pozytywni, odnajdują w jego trakcie radość z życia, robią szalone rzeczy… Nie nudzi, nie zachwyca.
[ON: Zgadzam się, że za maską momentami prostackiego humoru czai się kilka ciekawych scen, które skłaniają do przemyśleń]
Przeciętniak.
ON: Zbyt surowa opinia według mnie.

średnia ocen 6,3

czyli... zaciekawił!


KRYTERIUM OCENY
ONA
ON
FABUŁA




DIALOGI – GRA AKTORSKA




REALIZACJA POMYSŁU




POD KĄTEM GATUNKU




PRZYJEMNOŚĆ Z OGLĄDANIA




PLUSY
+ kilka romantycznych scenariusz
+ pozytywna historia
+ Elon Musk :)
+ momentami śmieszny
MINUSY
- dialogi i nieśmieszne (obleśne…) żarty
- sztampowa amerykańska pseudo śmieszna komedyjka
- momentami prostacki
- momentami głupi

film do obejrzenia o tutaj -> Dlaczego On? na chili.tv

Ukryte Piękno

Ukryte Piękno
recenzja

__

About me

Wszystkie filmy oceniamy w 5 kategoriach:

1- fabuła
2- dialogi/gra aktorska
3- fabuła/ realizacja
4- pod kątem gatunku
5- przyjemność z oglądania

w niezmiennej dziesięciostopniowej skali:

skala

opis

1

Nigdy w życiu!

2

Szkoda tracić czas...

3

W ostateczności

4

Na siłę

5

Można obejrzeć

6

Zaciekawił

7

Dobre kino

8

Prawie idealny

9

Wybitny

10

MAJSTERSZTYK!!


Odwiedziliście nas już

Zblogowani

zBLOGowani.pl