Enter your keyword

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10 - na siłę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 4/10 - na siłę. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 czerwca 2017

Transformers: Wiek zagłady [recenzja] [audiorecenzja]

By On 21:08

Serii Transformers nie trzeba chyba przedstawiać nikomu. Pierwsza kinowa produkcja miała swoją premierę już dekadę temu!
Ona: Kolejna seria, której twórcy nie potrafią godnie zakończyć tylko stale oglądają się za kasą... A poziom leci na łeb na szyje. Mam swoiste deja vu – przerabialiśmy już odgrzewane kotlety Piraci, Szybcy i wściekli...
Cała saga zyskała rzeszę fanów na całym świecie stając się pozycją kultową w swojej kategorii. Na niespełna tydzień przed premierą "Transformers: Ostatni Rycerz" naszła nas ochota na przypomnienie sobie części czwartej.
Ona: Nas? Chyba ciebie!
Jest to pierwsza część drugiej już trylogii o poczynaniach przybyszów z kosmosu na naszej planecie. Historia filmu "Transformers: Wiek zagłady" (ang. Transformers: Age of Extinction / 2014 r. / reż. Michael Bay) dzieje się bezpośrednio po wydarzeniach z części trzeciej, mianowicie w realiach świata który stara się pozbierać po "bitwie o Chicago" w której to Autoboty starały się obronić Ziemię przed Decepticonami. Świat w obliczu gigantycznych strat odwraca się od Autobotów zrywając sojusz z kosmitami. Ziemskie wojsko i biura wywiadowcze starają się za wszelką cenę wyeliminować wszystkie roboty dla dobra ludzkości. W całym tym szaleństwie poznajemy mechanika i wynalazcę Cade Yeagera (Mark Wahlberg), który samotnie wychowuje córkę Tessę (Nicola Peltz). Ich życie to ciągłe zmaganie się z nieudanymi projektami ojca i problemami finansowymi. Wszystko jednak ma zmienić jedno wydarzenie, Yeager odnajduje ciężarówkę, która wygląda na jednego z Autobotów! Mężczyzna musi podjąć decyzję czy wydać "transformera" władzom jednocześnie licząc, że ten czyn przyniesie mu zarobek czy narazić siebie i rodzinę na niebezpieczeństwo chcąc ochronić przybysza przed zgładzeniem.

Audiorecenzja dla tych, którzy wolą posłuchać niż przeczytać 😏

Mógłbym tonować emocje i wypowiedzieć mój osąd na samym końcu. Zrobię to jednak już teraz i bez ogródek napiszę, że była to najsłabsza część z całej sagi.
Ona: Cóż. Pełna zgoda. Tak jak poprzednie części (dostępne o tutaj #bezabonamentu) ciekawiły i zatrzymywały mój wzrok na ekranie, tak ta – usypiała. To miało być umilenie naszej ostatniej podróży autobusowej, a było męczarnią. Do tego stopnia, że seans tego wątpliwej jakości dzieła podzieliliśmy na trzy mini seanse, a to i tak tylko na potrzeby tej recenzji. Gdyby nie ona – film wbrew jakimkolwiek zasadom porzuciłabym po pierwszych dwudziestu minutach. For ever!
Przez lata śledziłem wszystkie części, mimo że można było doczepić się do mnóstwa rzeczy to za każdym razem bawiłem się dobrze. Nie bez powodów wszak trylogia "Transformers" jest tak popularna i wysoko oceniana wśród widzów. W "Transformers: Wiek zagłady" zabrakło mi nawet nie tyle klimatu z poprzednich części, co porządnej fabuły. Michael Bay postawił, jak to on, na masę wybuchów i efekty specjalne. Z czego w mój gust przypadły jedynie te drugie, które na prawdę robiły wrażenie.
Ona: Kolejny raz oglądaliśmy chyba zupełnie inny film. Efekty robiły wrażenie? Proszę Cię, nie rozśmieszaj mnie Kochanie. Autoboty i Decepticony były zrobione niestarannie i nierealistycznie. Przy środkach na film i możliwościach technicznych, rozczarowały po całości. Może jedynie efekt obracania w proch żywych organizmów przez galaktycznego headhuntera był wart uznania.
Historia miała mnóstwo luk, zachowania bohaterów uważam w dużym stopniu za nielogiczne. Aktorzy także nie pomogli produkcji, choć z drugiej strony scenariusz z dialogami też nie powalał na kolana. Gdybym chciał doszukiwać się plusów to napisałbym, że przez większość czasu nie nudził. Głównie przez to, że działo się dużo na ekranie i twórcy raczyli nas ładnymi obrazkami aut i samych robotów po przemianie. Tę część można śmiało traktować jako istny zapychacz czasu. Nie będę do niej na siłę ani zachęcał ani zniechęcał.
Ona: Ja wręcz przeciwnie. Śmiało możecie ominąć tę część – wystarczy streszczenie lub nasza recenzja, by móc spróbować przełknąć część piątą. Zachęcić mogę, co najwyżej do poprzednich trzech części, z naciskiem na dwie pierwsze – tyle.
Ot średniak jakich wiele. Jako pojedynczy film na pewno nie będzie to najlepsza pozycja, ale jako całość jest wręcz musem do obejrzenia dla fanów serii. Gdybym chciał być nieżyczliwy określiłbym ten film jako skok na kasę i jechanie na popularności pierwszych trzech części.
Ona: Tym właśnie był. Jeżeli to robi ze mnie nieżyczliwą to trudno, ale jestem przynajmniej szczera.

Ale że nie jestem to mam nadzieję, że była to jedna wtopa, a tegoroczna premiera okaże się hitem. Tego sobie i wszystkim życzę. 

średnia ocen 4,0
czyli TYPOWO... na siłę!
film obejrzany dzięki

wtorek, 13 czerwca 2017

Baywatch. Słoneczny Patrol [recenzja] [audiorecenzja]

By On 08:51
Szedłem na ten film nie spodziewając się niczego wielkiego. Mało tego, jestem święcie przekonany, że gdyby nie ta strona nie poszlibyśmy na niego wcale.
Ona: Jestem pewna, że nie.
Nastawiłem się, że pójdę, stracę trochę czasu i zbesztam go w swojej recenzji. W końcu to Baywatch. Słoneczny patrol (ang. Baywatch / 2017 r. / reż. Seth Gordon)! Słoneczny patrol! Czyli synonim kiczu i tandety! Reaktywacja kultowego w latach 90. serialu o ratownikach z Kalifornii wzbudzała u wszystkich uśmiech politowania.
Ona: I wzbudza do teraz. Nikt ze znajomych się na to nie wybiera, zapytani dlaczego odpowiadają coś w stylu "trochę wstyd, no wiesz".
Sprawdziłem, że serial doczekał się aż 11 (!) sezonów! Jest to dla mnie totalnym zaskoczeniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że też go oglądałem jako młody chłopak. Nie pamiętam jednak z niego choćby jednego wątku, czy historii... Przed oczyma mam, pewnie jak każdy, biegnących w zwolnionym tempie ratowników (ratowniczki!) w czerwonych majtkach i nic więcej.
Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać niż przeczytać 😏
Ona: Chciałeś powiedzieć jak każdy chłopak z naciskiem na ratowniczki.
Filmowy Baywatch przenosi nas na słoneczne, kalifornijskie plaże, na których porządku strzegą ratownicy przeszkoleni do działań nawet w najcięższych warunkach. Historię rozpoczynamy akurat podczas startu sezonu, gdzie straż wodna przygotowuje zawody dla chcących dołączyć w jej szeregi śmiałków. Lista wolnych miejsc jest wyjątkowo krótka, a jedno z nich zajmuje dwukrotny mistrz olimpijski Matt Brody (Zac Efron), który z miejsca popada w konflikt z dowódcą oddziału, legendą plaży Mitchem Buchannon (Dwayne Johnson). Mężczyźni muszą uporać się nie tylko ze stosunkiem do siebie, ale także z falą zabójstw oraz handlem narkotykami w tle!
Ona: Dlaczego bohaterowie nazywają się tak samo jak ich serialowi poprzednicy skoro nie są nimi, co wyraźnie zostało podkreślone w filmie? Nie wiem, nikt nie raczył wyjaśnić. I na domiar złego jeszcze ten laluś Efron na Lifeguard Tower, prężący mięśnie do kamery. Jak dla mnie jest to jeden z wyznaczników kiczowatości nowej odsłony Baywatch. Bo przypomnijcie mi jeżeli nie pamiętam, czy on grał kiedykolwiek w czymś na poziomie?!
Do teraz nie wiem o co chodzi, ale mnie ten film na prawdę się podobał!
Ona: Najwyraźniej jesteś chwilowo niepoczytalny. Wzywać karetkę?
Oczywiście nie był wybitny, albo chociaż bardzo dobry, ale dostarczył wszystkiego czego można wymagać od prostej amerykańskiej komedii. Dużo akcji, często absurdalnej, do tego humor momentami zabójczy, momentami żenujący. Czyli połączenie jakim od czasu do czasu raczą nas reżyserzy zza wielkiej wody.
Ona: Z przewagą wątków absurdalnych, zdecydowanie. Omacywanie zwłok, mordowanie ludzi z bazuki, wyznawanie miłości morskim stworom to tylko niektóre z nich.
Co do samej fabuły to twórcy mieli pomysł na całkiem ciekawy wątek kryminalny. Trzeba jednak pamiętać, że on także przedstawiony został widzowi z przymrużeniem oka.
Ona: Nic naprawdę odkrywczego. Naciągnięty do granic wytrzymałości widza wątek świetności Mitcha oraz jego nieomylności oraz kilka utartych i stereotypowych zagrywek.
Na co zwróciłem uwagę? Na to, że tak jak wspomniałem wcześniej Słoneczny Patrol kojarzy się z kuso ubranymi, wyposażonymi w odpowiednie atrybuty strażniczkami, które w swojej pracy nie wstydzą się pokazywać swych wdzięków. W przypadku tegorocznej produkcji, reżyser skupił się na seksapilu... Panów. Efron i Johnson przez pół filmu paradują bez koszulek, przyprawiając o kompleksy większość facetów na sali kinowej, podczas gdy kobiety są ewidentnie postaciami drugoplanowymi, a na prezentacje ich wdzięków chyba zabrakło reżyserowi czasu... Podsumowując tę krótką recenzje zachęcę do wybrania się do kina jeśli nie mamy pomysłu na wieczór. Czas nie będzie stracony, będzie za to mnóstwo momentów, gdzie nawet największy smutas wykrzywi usta w grymasie uśmiechu.
Ona: Podsumowując to nie był film dla mnie. Ani jeżeli o obsadę chodzi, ani pomysł ani realizację. Ciężko było znaleźć choć jeden plus, ale znalazłam – koniec końców nie nudziłam się. Było żenująco, czasem nawet obleśnie i niesmacznie. Był humor poniżej krytyki. Fabuła naprawdę nie trzymająca się żadnych ram. ALE nie nudziłam się, bo na ekranie dużo się działo – od efektownych skoków do wody, przez wątek miłosny ślamazary z seksbombą, po wątek kryminalno-szpiegosko-mafijny. Wykonanie i podejście reżysera do tematu odbiega od moich kanonów dobrego smaku i humoru, ale całokształt ujdzie.

Osobiście odbieram ten film jako pastisz zarówno pierwowzoru jak i wszystkich tego typu "pustych" filmów. Mojego życia nie odmienił, nie miał w sobie żadnej pointy, ani głębszego przekazu. Miał bawić i bawił. Zaskoczył na plus.

średnia ocen 4,4
czyli... na siłę

piątek, 26 maja 2017

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach [recenzja]

By On 19:04
Gore Verbinski stworzył kapitalną trylogię o przygodach nieustraszonych piratów. Historia w jego filmach była coraz lepsza z każdą kolejną częścią. Reżyser Rob Marshall postanowił po kilka latach od premiery trzeciej części "Piratów z Karaibów" wskrzesić Jacka Sparrowa i jego ferajnę. W filmie "Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach" (ang. Pirates of the Caribbean: On Strange Tides / 2011 r / reż. Rob Marshall) zapewne chciał dorównać Verbinskiemu, a to oznacza, że zadanie postawił sobie bardzo ambitne.
Ona: I zdecydowanie nie podołał.
Tym razem Kapitan Jack Sparrow znajduje się w Londynie, gdzie chce pomóc
ujść z życiem jednemu ze swoich pobratymców - Gibbsowi. Jack nie byłby sobą, gdyby z pobytu w stolicy Anglii chciał wycisnąć jedynie bezinteresowną pomoc dla swojego kompana. Wierzy, że właśnie tam zdobędzie nowy statek po utracie Czarnej Perły, zwerbuje sprytną załogę, oraz uzyska informacje na temat tajemniczego źródła wiecznej młodości. Plany udaje się wcielić w życie jedynie połowicznie. A wszystko dlatego, że owszem o źródle czegoś się dowiedział, jednak ceną tej wiadomości było trafienie na okręt legendarnego Pirata Czarnobrodego (Ian McShane), bynajmniej nie w roli kapitana jego statku. Po drodze napotyka swoich starych kompanów, tych których znamy (np. Barbossa), lub tych których zna jedynie Sparrow (Angelica – Penelope Cruz).
Nie będę owijał w bawełnę i napiszę wprost: do diaska, ależ mnie ta część rozczarowała! Film całkowicie oderwany od klimatu starych dobrych "Piratów". Za grosz nie czerpałem radości z oglądania. Nie było ani momentów klasycznych dla piratów z poprzednich części, ani nowe postaci nie były interesujące.
Ona: Do tego stopnia, że odechciewa się dygresować w jakikolwiek sposób, bo nie ma czego opisywać. Zupełnie inna koncepcja – ogólny chaos. Byłam rozczarowana. Mój miłośnik kina pirackiego – On – zażenowany przez połowę seansu. Ja – cóż, zawiedziona. Historia nie była zła, naprawdę. W moim guście! Syreny. Mity. Itp. Itd. Ale wszystko nie tak...
Reżyser postawił na bieganie i machanie szablami bez opamiętania. Jako widz czułem się oszukany i potraktowany jak idiota. Mam wrażenie, że Rob Marshall stwierdził, że wystarczy dać Johnnego Deppa, przebrać aktorów, wręczyć szable i puścić dźwięczną muzykę z pierwowzorów, a głupi widz to kupi. Otóż nie tym razem! Jakby tego było mało to seria zawsze charakteryzowała się świetnym poczuciem humory i zabawnymi motywami. Przez dwie godziny seansu uśmiechnąłem się jeden, jedyny raz. I to na samym końcu!
Ona: Mocne, ale zasadne słowa.
Jest to produkcja, na której recenzje nawet szkoda mi czasu. Co gorsza piszę to w dniu premiery najnowszej części "Zemsty Salazara", na którą wyczekują niecierpliwie od wielu tygodni. Jedynym plusem był oczywiście główny pomysł na motyw, czyli źródło wiecznej młodości. Jednak jego realizacja oraz dobór (nowych) aktorów okazał się całkowitą klapą. Po seansie aż chciałoby się zapytać reżysera "Przepraszam, czy płynie z nami pirat?".
Ona: O, właśnie uśmiechnęłam się po raz pierwszy podczas Piraci z Karaibów na nieznanych wodach.

Warto obejrzeć jedynie z powodu kilku ciekawie nakręconych kadrów, oraz samego Jacka Sparrowa, by nie umknęło nam nic z jego prze ciekawej historii! Do zobaczenia na premierze najnowszej części – oby nie rozczarowała! Ahoj!

Pozostałe części:
4. ...

średnia ocen 3,9
czyli... na siłę
film obejrzeliśmy dzięki

piątek, 31 marca 2017

Ghost in the Shell [recenzja]

By On 22:29


Zanim zacznę moją rozprawę na temat rozczarowania filmem "Ghost in the Shell" (2017, reż. Ruper Sanders) muszę zwierzyć się, że przed laty byłem może nie maniakiem tego gatunku, ale kilkanaście anime obejrzałem. Kilka było średnich, paru nawet nie dokończyłem, lecz trafiały się tytuły, którymi byłem wprost zafascynowany! Bardzo lubiłem oryginalny, inny rodzaj przekazu emocji bohaterów, ich historii od tego jak pokazują to europejscy lub amerykańscy twórcy. Sam się śmieję, kiedy słyszę, że to "chińskie bajki", ale szanuję zbyt wiele anime, by mówić o tym gatunku z pogardą. Zawsze kiedy czytam, że Hollywood planuje ekranizację anime lub mangi boję się katastrofy. Niestety moje obawy potwierdziły się w przypadku tego filmu. 
ONA: Ja wręcz przeciwnie. Jedyne podejście do oglądania anime to "Death Note" – nie przemówiło do mnie, trochę nie dałam temu szansy. Zanim więc przejdę do dygresowania – powiem wprost, znawcą nie jestem stąd nie mogę być żadnym wyznacznikiem dla fanów gatunku. Polecam jednak moje spojrzenie na "Ghost in the Shell" osobom takim jak ja, które nigdy nie miały nic wspólnego z anime bądź mangą, a może chciałyby spróbować.
W odległej, mrocznej przyszłości w barach lub na ulicach równie często, co człowieka można spotkać cyborga. 
ONA: Odniosłam wrażenie, że łatwiej spotkać kogoś zmodyfikowanego bądź robota niż człowieka z krwi i kości.
Roboty funkcjonują między ludzką społecznością służąc i dostarczając rozrywki. Major (Scarlett Johansson) to kobieta, cudem uratowana przed śmiercią. Właściwie to uratowano jedynie jej mózg, a dzięki wielkiemu konsorcjum Hanka stała się pierwszą Hybrydą - pół człowiekiem-pół robotem! Mózg, uczucia, emocje i ducha uwięziono w robotycznym pancerzu. Nie tylko pozwoliło jej to przetrwać, ale jednocześnie stać się żołnierzem niemal idealnym. Przez długi czas służyła wiernie tajemniczej Sekcji 9 i zwalczała najniebezpieczniejszych zbirów i przestępców. Wszystko szło jak po maśle dopóki nie zjawił się przedstawiciel najgroźniejszej grupy przestępców – hakerów – tajemniczy Kuze (Michael Pitt). Major musi zmierzyć się z zagadką swojej przeszłości, a także dowiedzieć się komu może zaufać, a kto i dlaczego pragnie ją okłamać. 
ONA: Brzmi całkiem nieźle, no nie?
Najnowsza ekranizacja "Ghost in the Shell" ze Scarlett Johansson w roli głównej miała świetną kampanię medialną. Zapowiadano wielką bombę, film przełomowy, który nawiązywał do klasyki japońskiej mangi. Scarlett Johansson i znana historia z pewnością przyciągną do kin wielu widzów, pytanie jak wielu wyjdzie z sali kinowej zadowolonych? Dla mnie to na pewno nie była bomba, ba myślę, że nawet nie granat. No może granat dymny, który efektami i wizją przyszłości przykrył płytką historię. "Ghost in the Shell" – ach jak idealnie ten tytuł, ta fraza pasuje do tego, co czuję po obejrzeniu fabularnej wersji kultowej mangi. Próba przeniesienia charakterystycznych cech anime do realnego filmu nie mogła się udać Rupertowi Sandersowi. Podczas seansu aż słyszałem
uderzenia uwięzionego ducha anime, które chciało się wyrwać z pancerza hollywoodzkiego filmu. Przenosząc porównania z filmu do rzeczywistości – nigdy robot i jego mechaniczne ruchy nie będą przypominały tych ludzkich, tak samo aktorski film wygląda sztucznie starając się skopiować schematy z anime. Według mnie film fabularny, choćby nie wiem z jak wysokim budżetem i gwiazdami nie ma szansy oddać ducha japońskich produkcji, po prostu są to całkowicie różne od siebie formy obrazu. 
ONA: Obce jest mi mangowe przesłanie oraz klimaty anime. Stąd oceniam ten film pod innym kątem. Jak dla mnie historia była po prostu płaska. Scarlett przypomniała mi bohaterkę z "Lucy" z tym jej krzywym chodem i sztywną ręką... Starała się kobieta być machiną, ale no nie wiem, zupełnie nie wyszło. Klimat jak klimat – imponująca wizja miasta przyszłości oraz rozwiniętej pod względem technologicznym cywilizacji. Przez pierwsze piętnaście minut wielkie WOW, później już nadmiar i przesyt z każdego kąta.
Fabuła i akcja filmu były bardzo proste i przewidywalne. Gra aktorska była irytująca, nie potrafiłem się zainteresować i wczuć w losy bohaterów tak jak lubię. Obejrzałem po prostu historię osadzoną w ciekawie przedstawionej przyszłości. Żeby nie było, że tylko krytykuję to na uwagę zasługują efekty specjalne i właśnie wizja przyszłości. Super technologia miesza się z kiczem i wszechobecnymi, nachalnymi reklamami. Ekstrawaganckie, nowoczesne budowle patrzą z góry na budynki, które przetrwały być może kilkanaście dekad charakteryzują ogromne dysproporcje w społeczeństwie. Trzeba przyznać, że na samą myśl o takiej przyszłości włos mógł zjeżyć się na głowie. Na pewno nie był to tytuł, który będzie za mną chodził przez najbliższe tygodnie. W samym tylko marcu widziałem kilka filmów, które zrobiły na mnie większe wrażenie. Kończąc napiszę tylko jedno słowo jakim skwitowałem
"Ghost in the Shell" – rozczarowanie. 
ONA: Średniak w ciekawym świecie osadzony. Historia mogłaby zrobić furorę tak jak udało mi się doczytać, zrobiła w wersji anime. Podejrzewam, że ci najwięksi fani będą rozsiewać po sieci ogromny hejt na wszystko i wszystkich związanych z produkcją. Czy słusznie? Może, ja też bym się wkurzyła gdyby mojego ukochanego HP nagle wyprodukowali z marnym skutkiem w wersji musicalowej lub Bollywood! Pozostali natomiast pójdą, obejrzą i wyjdą mniej lub bardziej zainteresowani. Średniak jak się patrzy, żadne must see –a miało, cholera! Potencjał.
~Art 
średnia ocen 4,2
czyli... na siłę !

KRYTERIUM OCENY
ONA
ON
FABUŁA


DIALOGI – GRA AKTORSKA


REALIZACJA POMYSŁU


POD KĄTEM GATUNKU


PRZYJEMNOŚĆ Z OGLĄDANIA


PLUSY
+ ciekawie pokazane miasto przyszłości wraz z nowoczesnymi wynalazkami i przesytem ruchomych reklam
+ wizja przyszłości
+ efekty specjalne

MINUSY
- właściwie to ciężko określić, film nijaki
- Scarlett zagrała typowo jak na siebie.. czyli tak se
- nieudolna próba przeniesienia anime do filmu fabularnego
- przewidywalność w historii


poniedziałek, 20 marca 2017

Śmietanka towarzyska [recenzja]

By On 20:15

Woody Allen jest ikoną Hollywood. Czasami krytyka tego legendarnego reżysera równa się wylaniem pomyj oraz inwektywami ze strony jego największych fanów. Nie śmiałbym zarzucać Allenowi "jechania na nazwisku", bo taki zarzut byłby absurdalny – taka osoba tego po prostu nie potrzebuje. Trzeba jednak powiedzieć wprost – ten film, podobnie jak jego kilka produkcji z ostatnich lat był po prostu słaby.

"Śmietanka towarzyska" (ang. Cafe Society 2017 / reż. Woody Allen) miała być kolejną lekką, przyjemną komedią obyczajowo-romantyczną zaserwowaną przez amerykańskiego reżysera, którego zna każdy fan kina. Film opowiada historię młodego marzyciela z Nowego Jorku Bobby'ego, w tej roli Jesse Eisenberg (m.in. Iluzja, The Social Network), którego swoją drogą bardzo lubi obsadzać w swoich produkcjach Woody Allen. [ONA: Którego natomiast ciężko ogląda się w innej roli niż ta w The Social Network. Tam współgrało ze sobą wszystko! Założyciel Facebook'a jest specyficzny, Eisenberg jest specyficzny. Wszystko się zgadza. Natomiast w "Śmietanka towarzyska" coś się rozjechało... Główny bohater jak na młodego, ambitnego marzyciela w dodatku, był bez wyrazu. Zarówno scenariusz jakoś nie wyjaśnił mi jak osiągnął sukces będąc nijakim oraz jak pozyskał sympatię wpływowych ludzi, tak i sama gra aktorska nie uzupełniała całości. Nie polubiłam go w "Śmietance towarzyskiej", nie rozumiem jego fenomenu.] Wracając do meritum... Bobby to młody, rozmarzony chłopiec, który za namową matki wyrusza do "fabryki snów" czyli Hollywood. Tam trafia pod opiekę swego wuja, a brata matki, prominentnego producenta filmowego Philla Sterna (Steve Carell) [ONA: Steve Carell na szczęście bez min, bez zbędnego wydurniania się. W końcu poważniejsza rola.]. Dzięki znajomościom wuja trafia na salony, goszcząc na wykwintnych bankietach, wśród znanych aktorów, piosenkarzy, lekarzy, prawników i każdego, kto tylko coś znaczy. Wszystkich ujmuje jego chłopięcy urok oraz otwartość. Jemu jednak najbardziej zależy na względach jednej osoby, a jest nią Vonnie (Kristen Stewart). Bobby jest gotów oddać jej swe serce jednak nie jest świadom, że obiekt jego westchnień ma tajemnice, która może pokrzyżować jego plany. W przysłowiowym międzyczasie poznajemy losy rodziny Bobby'ego – zatroskana matka, ojciec żyd, któremu nie po drodze z przykazaniami jego wiary, brat bezwzględny gangster [ONA: Motyw ratujący humorystyczną stronę ponoć "komedii"], oraz siostra, która wyszła za oczytanego, grzecznego komunistę. Wszystko okraszone ładnymi, jasnymi obrazami i kostiumami. O ile sama forma nagrywania miała coś w sobie interesującego, idealnie wpasowując się w tamte czasy o tyle cała historia była miałka. Wszystkie wątki wydawały się wtórne, bez choćby odrobiny oryginalności. Odgrzewane żarty, które niemal nie bawiły połączone z marnymi dialogami. Płytkie, przeciągane sceny przez które nie jeden reżyser by się
wstydził. Jak na tak mocne nazwisko Woody Allen zawiódł na całego. [ONA: Nic dodać nic ująć. Film natomiast przy całej swojej prostocie nie zmarnował mojego czasu. Tak jak nie przepadam za Allenem tak "Śmietanka towarzyska" to zwykły film, o przeciętnych ludziach, bez głębszych emocji, bez drugiego dna, przesłań i czego tam jeszcze szuka się w filmach ALE jednocześnie takie filmy też są potrzebne. Rekomenduję go na odpowiedni wybór po ciężkim dniu, gdzie myślenie idzie na bok, a interesuje nas tylko dobra muzyka i ładne obrazki. Dodatkowo można się czasem uśmiechnąć, czasem z zażenowaniem roześmiać – głównie przy określaniu kogoś na siłę w dialogach za "najpiękniejszego"- nie będę wytykała palcem... Idzie się rozluźnić i wyłączyć. Typowy zapychacz czasu – może lecieć w tle. + oczywiście kilka znanych twarzy, kilka ładnych buź i cała masa blichtru.]

W gruncie rzeczy nawet ciężko mi określić o czym był ten film? Miał być o życiu? Miał wpędzić w zadumę nad losem, nad trudem dokonywania wyborów? Miał być o miłości, którą tak trudno uchwycić? Czy może miał nas bawić inteligentnym poczuciem humoru? A może chodziło o oddanie hołdu zastępowi reżyserów, aktorów i producentów, którzy budowali przez wiele dekad markę "Hollywood"? Ja nie dostrzegłem w nim nic z tych rzeczy. Zaczął się, trwał i skończył. Niczym nie zaskoczył, niczym nie zaciekawił, jedyną rzeczą jaką zrobił na pewno to... zarobił. Ot magia nazwisk.

średnia ocen to 3,6
czyli... na siłę!

KRYTERIUM OCENY
ONA
ON
FABUŁA


DIALOGI – GRA AKTORSKA


REALIZACJA POMYSŁU


POD KĄTEM GATUNKU
- komedia...


PRZYJEMNOŚĆ Z OGLĄDANIA


PLUSY
+ fajnie było zobaczyć choć wizję tamtych czasów i życia w Hollywood
+ Steve Carell w końcu na poważnie
+ ciekawe ujęcia i kostiumy
MINUSY
- nijaki, był i minął
- nuda przez cały seans
- nieciekawe dialogi
- nieśmieszne żarty



Koniecznie zostaw po sobie ślad i wypełnij sondę 😀


Ukryte Piękno

Ukryte Piękno
recenzja

__

About me

Wszystkie filmy oceniamy w 5 kategoriach:

1- fabuła
2- dialogi/gra aktorska
3- fabuła/ realizacja
4- pod kątem gatunku
5- przyjemność z oglądania

w niezmiennej dziesięciostopniowej skali:

skala

opis

1

Nigdy w życiu!

2

Szkoda tracić czas...

3

W ostateczności

4

Na siłę

5

Można obejrzeć

6

Zaciekawił

7

Dobre kino

8

Prawie idealny

9

Wybitny

10

MAJSTERSZTYK!!


Odwiedziliście nas już

Zblogowani

zBLOGowani.pl