Enter your keyword

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagraniczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zagraniczne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lipca 2017

Baby Driver [recenzja] [audiorecenzja]

By On 15:04
Z filmami, takimi jak ten, mam zawsze ogromny problem. Zaczyna on się jeszcze przed dniem pojawienia się tytułu na wielkim ekranie. Jest to produkcja, o której było głośniej na tygodnie przed dniem premiery, niż tuż po niej. Wynika to, w głównej mierze z zachwytów krytyków, którzy mieli możliwość obejrzeć przed premierę. Hype był przeogromny. Patrząc zupełnie z boku można by odnieść wrażenie, że obsada wypchana jest gwiazdami, albo że jest to kontynuacja jakiegoś hitu, bądź ekranizacja bestsellera czy uwielbianego komiksu. W przypadku „Baby Driver” ( 2017 r. / reż. Edgar Wright) ani jedna rzecz z tej krótkiej listy nie występuje. Oczywiście gwiazdy są (Kevin Spacey, Jamie Foxx), ale nie jest to oszałamiająca ilość w porównaniu do większości hollywoodzkich filmów. O co więc chodzi? Postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze czy faktycznie dostaniemy film ponadczasowy, po którym będę zbierał szczękę z podłogi, czy raczej jest to PRowy majstersztyk wyciągający do kina nieświadomych ludzi.

Audiorecenzja, dla tych którzy wolą posłuchać!

Ona: Poszłam na to, bo chciałeś od momentu obejrzenia pierwszego zwiastunu. Taki mamy układ – poszerzamy horyzonty filmowe itp. itd. Ale szczerze? Szczerze to nie byłam przekonana ani na moment, że będzie to wiekopomne, ponadczasowe dzieło.
Tytułowy Baby (Ansel Elgort) to specyficzny młodzieniec. Z pozoru jest nieróżniącym się niczym od innych chłopaków, zamkniętym w sobie introwertykiem, opiekującym się schorowanym, przybranym ojcem Joe.
Ona: Wręcz odwrotnie! Od pierwszych scen Baby (B-A-B-Y) to chodzący ewenement i niczym zjawisko w słuchawkach przetacza się przez ulice.
Jednak kiedy zaczyna dzwonić telefon, Baby musi stawić się u Doctora (Kevin Spacey) i wykonać kurs samochodem. Nie chodzi o byle jaki kurs, ponieważ Baby nie ma sobie równych za kierownicą, prowadzenie najszybszych sportowych aut przychodzi mu z łatwością jak przeciętnemu człowiekowi zaparzenie herbaty. Niby można sobie zrobić krzywdę, ale pewna ręka i koncentracja nie pozwoli na choćby oparzenie/zadrapanie – w zależności czy parzymy wspomnianą herbatę, czy gnamy po zatłoczonych ulicach amerykańskiego miasta.
W kolejnych misjach od Doctora poznaje nowych oprychów, którym pomaga ulotnić się z łupami. Spokojnemu chłopakowi nie odpowiada do końca kryminalny światek, zwłaszcza że poznał dziewczynę swoich marzeń – uroczą Deborę (Lily James). Poza szybką jazdą i Debby nasz bohater ma jeszcze jedną, być może najważniejszą miłość – muzykę, która towarzyszy mu od dziecka niemal w każdej chwili życia.
Obejrzałem film i zgłupiałem jeszcze bardziej. Czy był to film zły? Co to to nie! Czy mnie zachwycił? Niestety, nie będę o nim rozmyślał przez najbliższych kilka dni. Jakie mam zatem odczucia? Wyszedłem ze świadomością, że obejrzałem jeden z najlepszych filmów akcji tego roku. Jednak to za mało, abym rozpływał się nad całością jedynie w superlatywach.
Ona: Widząc na jednym z portali społecznościowych, że znajoma wybiera się na „Baby Driver” od razu podesłałam jej kwintesencje, w moim odczuciu, tejże produkcji pisząc „można dostać bólu głowy od tych wszystkich stłuczek i pościgów”. W rzeczywistości właśnie tak jest. Kino akcji w pełnej krasie, przy czym opiewa zdecydowanie w zbyt dużą ilość pojechanych scen.
Zacznę może od zalet – ścieżka dźwiękowa zwalała z nóg! Nie jestem w stanie tego zbadać, ale miałem odczucie, że muzyka rozbrzmiewa przez jakieś 90% filmu!
Ona: Albo 98%… Milknie, co najwyżej wtedy, gdy przemawia Spacey (swoją drogą czy tylko mi nasuwa się w tym przypadku skojarzenie jego postaci z tą z filmu „21”? profesorek wykorzystuje na kasę innych, samemu nie biorąc udziału w akcji, będąc tylko zapleczem pomysłowym? Cóż, była to swoista kontynuacja postaci z „21”, które to musimy sobie przypomnieć). Muzyki był przesyt i nawet gdy fizycznie nie leciała właśnie z głośników kinowych to echem odbijała się w myślach. Kawał dobrej muzyki. Nic do zarzucenia. Nawet łącząc ją z podrygami na ekranie w wykonaniu Baby.
I to nie byle jaka muzyka, ponieważ długimi momentami gibałem się na kinowym fotelu w rytm dźwięków. Bez wątpienia dzięki muzyce film wyróżnia się na tle innych. Za co jeszcze pochwalę? Ciekawa postać Baby. Pędzimy przez cały film po autostradzie jego uczuć i emocji.
Ona: Uciekając wraz z nim, nie tylko z napadów. W końcu na motywie ucieczki, czasem zupełnie bezmyślnej i irracjonalnej, bazuje cała fabuła.
Skręcamy raz po raz poznając jego marzenia i powody decyzji jakimi się kieruje. Inni bohaterowie też nie byli czarno-biali. Reżyser starał się pokazać w każdym drugą, często lepszą stronę. Wszystkie postaci były złożone, a taki zabieg w filmach bardzo lubię. Kończąc zalety nie mogę pominąć akcji i jej tempa! Rozumiem zamysł, akcja była taka jak jazda głównego bohatera – pędziła z zawrotną prędkością. I tutaj plusy łączą się z minusami, no bo nie było szans, żeby się nudzić choć przez sekundę, ale z drugiej strony mogło się zakręcić w głowie. Nie chcę wyjść na marudę, lecz momentami chciałem wcisnąć pauzę i zrobić przerwę. Z jednej strony kawał świetnej rozrywki, a z drugiej… zmęczenie. Byłem zmęczony tymi ciągłymi pościgami, stłuczkami i wieczną ucieczką. Choć podkreślam, że realizacja bardzo dobra, jednak co za dużo to nie zdrowo. Nawet w filmach akcji.
Ona: Minusy tak? Rozczarował mnie Spacey, którego uwielbiam. Po prawdzie trochę to nie jego wina, że pasując idealnie do konkretnego typu charakteru zwykle grywa „tych złych”. Jednakże sposób tej gry to już jak najbardziej jego zadanie, a w przypadku „Baby Driver” gra aktorska Spaceya była kalką wielu jego poprzednich ról. Nie bez powodu produkcja przypomniała mi „21”, ale również serial „House of Cards” - wszędzie podobna mimika (chciałoby się rzec „mimika twarzy” ale po seansie Volta, zatrzymam się na mimice…), gesty, charakter, postawa, nawet teksty!
Szybka jazda z dobrą muzyką będzie odpowiadać każdemu, jednak czuję się trochę oszukany, gdyż sądziłem, że dostanę hit, który zapamiętam na długo, a to był tylko (lub aż) film wart poświęconego czasu.

Ona: Dziwne, Mój Drogi, że nie wspomniałeś o Jamie Foxx. Dodam tylko swoje trzy słowa na koniec – socjopata w najlepszym wydaniu, strach się go bać nawet przez ekran. Niezwykle ograna postać, zupełny wariat. I like that! Przyćmił innych, w tym głównych bohaterów, którzy byli niestety lekko krzywi i powiało amatorszczyzną. Film zdecydowanie nie trafił na półkę moich ulubionych i z trudem będzie mnie przekonać, bym poświęciła swój czas na niego ponownie. Miał zadatki na COŚ, a skończyło się na jednorazówce. Obejrzeć i biorąc tabletkę na ból głowy po, zapomnieć o nim.

średnia ocen 6,9
czyli... dobre kino!

poniedziałek, 3 lipca 2017

Jak zostać kotem [recenzja]

By On 09:45




Kino familijne. Kojarzy mi się głównie z dzieciństwem i niedzielnym, popołudniowym obiadem, gdy w tle leciało coś, na czym nawet nie trzeba było skupiać uwagi. Dokładnie z takim brakiem skupienia obecnie podchodzę do gatunku familijnego– dla dzieci, czyli nie dla mnie, prosta historia, nic odkrywczego.
ON: Ja jako dziecko wyczekiwałem wręcz tych niedzielnych seansów i z wypiekami na tworzy oraz w pełnym skupieniu wczuwałem się w mniej lub bardziej szalone poczynania młodych bohaterów w myślach stając się jednym z nich!
Zgodnie z powyższym film „Jak zostać kotem” (ang. Nine Lives / 2016 / reż. Barry Sonnenfeld) umknął nam w natłoku innych premier, a do kina ostatecznie się nie wybraliśmy. Niczym te koty, co to chodzą własnymi ścieżkami, a nasze ścieżki, w tym przypadku jak nigdy wcześniej solidarnie skierowały się w przeciwną stronę niż sala kinowa… Nawet doceniany przeze mnie Kevin Spacey i jego groźne spojrzenie nie skusiły ani nie zmusiły mnie do zakupu biletu. Dopiero, gdy innej opcji ze świecą było szukać, w kinie już wszystko obejrzane, a w dołku paląca potrzeba kinomaniaka na detoksie, kliknęliśmy na „wypożycz” (Chili.TV) z brakiem entuzjazmu.
ON: Zwłaszcza że w serwisie są setki świetnych filmów, które muszą czekać na swoją kolej. Nie chcę nawet wypominać, kto uprał się na ten wybór, kochanie…
Uwierzcie, wielokrotnie już produkcje filmowe dobitnie udowadniały mi, że zwiastun niczym pierwsze wrażenie, może mylić. Teraz po seansie „Kota” wiem dodatkowo, że uprzedzenia również te w stosunku do gatunków filmowych, są warte mniej niż zużyty żwirek w kociej kuwecie, względem rzetelnego obejrzenia i sprawdzenia jak to się mówi „na własnej skórze”. Choćbyśmy mieli utracić jedno ze swoich dziewięciu żyć… 😏
Tom Brand (Kevin Spacey) to ekscentryczny biznesman, którego największym marzeniem, a zarazem firmowym celem jest zbudowanie najwyższego budynku w Ameryce. Kosztem nie swoim, a inwestorów oraz rodziny, ale jedynie czasowym – buduje swój drapacz chmur. Nie zwracając uwagi na opory inwestorów i pozostałych akcjonariuszy, z pakietem większościowym robi co mu się żywnie podoba, zaniedbując przy okazji rodzinne ognisko domowe. Choć ojciec z niego żaden – zarówno dla dorosłego już syna, jak i nastoletniej córki, potomstwo wielbi go i stara się sprostać oczekiwaniom. Tymczasem Tom chętniej skacze ze spadochronem niż przesiaduje w domu, a prezenty urodzinowe kupuje na ostatnią sekundę. To ostatnie ewidentnie wychodzi mu… kotem.
Nie zamierzam nikomu wmawiać, że ten film to arcydzieło. Szczególnie, gdy do gatunku dodamy jeszcze opcję dubbingu. Kevin Spacey z dubbingiem? Uszy zabolały.
ON: Dubbing niestety pozostawiał wiele do życzenia. Jednak po kilkunastu minutach człowiek się przyzwyczaja, a pod koniec nawet przestaje mu przeszkadzać :)
Aczkolwiek… nie było, aż tak źle jak nastawiłam się, że będzie. Postaram się na to spojrzeć oczami najmłodszych. Historia jak przystało na film dla dzieci, miała bardzo wyraźnie zarysowane przesłanie, morał oraz cały szereg lekcji i grożenia palcem na popełniane przez bohaterów błędy. Przez to wszystko jest całkiem dobrą pozycją edukacyjną pod kątem moralności i wartości rodzinnych, ale tylko dla dzieci. Dorośli prawdopodobnie odczują przesyt oraz dostrzegą od pierwszych sekund do czego to wszystko zmierza, jak się rozwinie i na czym zakończy.
ON: Decydując się na tę historię trzeba mieć świadomość co będziemy oglądać. Prosty film z przekazem, który na pewno zachwyci najmłodszych. Produkcja jaką dzieciaki uwielbiają, a co najważniejsze NIE MĘCZY (!) dorosłych. W sam raz na niedzielny seans dla całej rodziny!

Ma to swoje plusy – film nie wymaga myślenia, nie zawiera scen brutalnych, nie ma skomplikowanych dialogów, a na dodatek po ekranie hasa uroczy sierściuch. Czego chcieć więcej? Może odrobiny elementu zaskoczenia… I tyle. Film to lekko oberwana półka, która chciała pretendować na miano średniej. Nie jest źle, ale mogło być lepiej. 



średnia ocen 4,9
czyli... można obejrzeć!

film obejrzeliśmy dzięki Chili.Tv

niedziela, 2 lipca 2017

W starym dobrym stylu [recenzja]

By On 12:07
Rzadko się zdarza, aby amerykańska komedia przedstawiała sobą wyższy poziom. Nie tylko kultury, ale także humoru. Obecnym kanonem komedii jest zwykła żenada, a żarty z kategorii śmiesznych to żarty o wymiotach, narkotykach i upadku cywilizacji. Armagedon! Trudno się dziwić, dostajemy wszyscy to, na co jest akurat zapotrzebowanie, co bawi masowo. Istna, kinowa odmiana demokracji... W erze telefonów komórkowych, testów pod klucz odpowiedzi i internetowych memów, ludzie wyłączają myślenie i bawi ich tandeta!
ON: Niestety ludzie sami pozwalają się ogłupiać i determinują to jakimi produkcjami są masowo zarzucani. Nie twierdzę, że lubię jedynie filmy „ą-ę”, wprost przeciwnie, często lubię wyluzować się i wyłączyć myślenie na czymś bez głębszego sensu czy przekazu. Po prostu trzeba znać umiar, a niestety tych komedii bezwartościowych jest ostatnio w kinach mnóstwo, a sale na seansach pękają w szwach.
Moja dusza kinomana cierpi nieustannie, od komedyjki po komedyjkę i automatycznie wzbrania się przed każdym kolejnym seansem. Do wczoraj. „W starym dobrym stylu” (ang. Going in Style / 2017 / Zach Braff) to nie tylko obsada w starym stylu, ale również pomysł, humor i coś na czym nie zapłonęłam na twarzy z zażenowania. W końcu można się było roześmiać!

ON: Otóż to, uśmiech niemal nie schodził z ust!
Joe (Michael Caine), Willie (Morgan Freeman) i Albert (Alan Arkin) to emeryci którzy czekają tylko na swoje emerytury. Prócz Alberta, Albert czeka na śmierć, która jakoś nie chce przyjść. Trzymają się razem by nie zwariować, grywają w bule, chodzą na spotkania kółek seniorów i oglądają odmóżdżające reality show. Gdy wraz ze zmianami w zakładzie pracy emerytura niczym śmierć nie chce nadejść przez kilka miesięcy, do głów starszych panów nadchodzi dziwny plan inspirowany ostatnimi bankowymi przeżyciami Joe. Mają przecież ledwie kilka lat przed sobą, bagaż doświadczenia, nic do stracenia i szansę by raz – odzyskać pieniądze, dwa – zemścić się na banku, który zarządza długami byłej firmy. Rozpoczyna się knucie planu idealnego – napad na bank jest nieunikniony.
ON: Wszyscy znamy takich dziadków.. Upartych do granic możliwości, mądrzejszych od całego świata i niepotrzebujących niczyjej pomocy bo jedynie oni sami zrobią coś najlepiej. Tacy są właśnie nasi trzej bohaterowie. Łączy ich jednak coś jeszcze - serdeczność, którą kupują sympatie widza do ostatnich chwil filmu!
Dawno już nie było mi dane obejrzeć tak ciepłej, lekkiej i zabawnej komedii. Może musielibyśmy cofnąć się aż do 1979 roku, gdy wyprodukowany został pierwowzór „W starym dobrym stylu” (żart!). Tymczasem obsada wersji z 2017 roku, której nie trzeba nikomu przedstawiać, ograła swoje rolę w stu procentach, tu i ówdzie przerysowując ograniczenia swoich nie najmłodszych już ciał. Freeman, Cain i Arkin to panowie po osiemdziesiątce! Klasa sama w sobie plus czarujący brytyjski akcent Michaela Caina. Nie spodziewałam się po tym filmie tandety głównie przez nich i nie rozczarowałam się.
ON: Film jakie chce się oglądać! Czerpałem przyjemność z oglądania przygód starszych panów przez cały seans. Mimo że nie trzymał w napięciu to zaciekawił i nie nudził. Przyniósł mnóstwo rozrywki na najwyższym poziomie!
Pomysł jak pomysł – trochę seria Oceans, oklepany i z góry skazany na choć połowiczny sukces. Wykonanie? Podstawa dobrego odbioru całości produkcji. Prócz oczywistego wysokiego poziomu aktorstwa, humor! Nie śmiejemy się tutaj z wymiotów tylko z autoironicznego podejścia do starzenia. Omijają nas gagi z narkotykami – choć motyw się pojawia – w zamian za całkiem przyzwoitą dawkę humorystycznych dialogów. Bez brutalności, wulgaryzmów i pornoerotyki. Da się? No pewnie, że się da! Tylko trzeba chcieć.

ON: Oglądając miało się wrażenie, że stworzenie takiej produkcji to nic trudnego. Przyjemny scenariusz, świetni aktorzy, bezbłędnie rozpisane role, do teraz zachodzę w głowie czemu tego typu filmy wychodzą tak rzadko?

Reżyser postawił na stary dobry styl kojąc moje zszargane nerwy. Sala zaśmiewała się zdecydowanie bardziej niż na ostatnim seansie Ostrej Nocy. Nic tylko iść do kina, bez obaw. Przesłanie filmu jest proste – nawet po 80stce nie warto czekać już tylko na śmierć. Życie mamy jedno jedyne i nic do stracenia więc warto szukać i dbać o miłość i przyjaźń. Zarówno gdy masz dwadzieścia, trzydzieści czy osiemdziesiąt lat. Film dla wszystkich. 


średnia ocen 8,0
czyli ... prawie idealny!

środa, 28 czerwca 2017

Tożsamość zdrajcy [recenzja]

By On 20:19
Na fali dzisiejszych wydarzeń mających związek z cyberterroryzmem, które sparaliżowały większość działań firmy, w której pracuję – skojarzył mi się film, którego recenzji się jeszcze nie podjęliśmy. Dowodzi to tylko, że terroryzm jako taki w dowolnej postaci, czy to tej sieciowej czy stricte bombowej, dotyka nas na każdym kroku, w przeróżnych mniej lub bardziej groźnych odmianach.
ON: I nie dajmy się zwieść, że problemu nie ma. Otóż jest i to bardzo poważny.
Film „Tożsamość zdrajcy” (ang. Unlocked /2017 / reż. Michael Apted) pokazuje cały ten chaos i terrorystyczną jatkę od drugiej strony, a mianowicie agencji powołanych specjalnie do walki z rozprzestrzeniającym się na coraz większą skalę niebezpieczeństwem.
Alice Racine (Noomi Rapace) mając za sobą całkiem odbiegającą od przeciętności przeszłość oraz całą masę problemów emocjonalnych, pracuje jako urzędniczka w ośrodku pomocy dla imigrantów. Trochę pod przykrywką, trochę na poważnie zajmuje się swoimi podopiecznymi, a jako oddelegowana była agentka CIA utrzymuje z nimi bliskie stosunki, nawiązując tym samym swoistą sieć kontaktów. Niespodziewanie zostaje w trybie pilnym przywrócona do służby jako ta od zadań specjalnych. Gdy przesłuchanie przechwyconego posłańca islamskich radykałów okazuje się śmiertelną pułapką, spokojne życie Alice staje na ostrzu noża. Wraz z nią, z rąk dżihadystów śmierć mają ponieść niewinni ludzie.
ON: Oj czy takie spokojne to nie wiem… Obraca się w świecie gdzie każdy jej petent jest potencjalnym zamachowcem, ja bym nie nazwał takiej pracy i życia mianem spokojnych.
Jeżeli spodziewacie się po tej produkcji poprawności politycznej, to zdecydowanie właśnie taki obraz otrzymacie. Przynajmniej pod kątem pokazania islamu, a wręcz w pewnym momencie obrony jego niewinności jeżeli o typowe pionki w machinie chodzi.
ON: Ale pokazuje także jak te wspomniane przez Ciebie pionki łatwo mogą być przesuwane przez swych islamskich zwierzchników.
Jednakże, co jest przy tej pozycji naprawdę ważne, nie o muzułmańskich terrorystów chodzi. Owszem fabuła opiera się na planowanym zamachu i tym faktem nikogo nie zdziwię, ale już wartka akcja płynie głównie na barkach tych z pozoru dobrych ludzi, mających za zadanie obronę obywateli przed tragedią. Pisząc „z pozoru dobrych” mam dokładnie to na myśli. Nie wchodząc w spoilery, choć kuszą mnie niewyobrażalnie, moje odczucia w trakcie i po seansie były niezwykle pozytywne.
ON: Nie mogło być inaczej. Bardzo dobre kino akcji. Aż dziw, że z takiej historii zrobiono tak kiepski zwiastun, który ani trochę nie zachęcał do pójścia na seans.
Film tematycznie ciężki, momentami zaskakujący i w większości zwrotów akcji nieprzewidywalny. Bardzo na czasie i jednocześnie bardzo nie na miejscu, na pewno kole w oczy nie jedną osobę, która pracując w podobnych do filmowych służbach, będzie musiała walczyć z niepochlebnymi opiniami… Szczerze? Wychodząc z kina byłam niemal przekonana, że właśnie dokładnie tak działają i byłam z tego powodu wściekła.
ON: Mimo że gdzieś w duszy zawsze bardziej lubiłem filmy fantasy lub sci-fi to produkcje typu „Tożsamość Zdrajcy” łapie dodatkowe plusy za pokazanie w bardzo przekonujący i realistyczny sposób działanie mechanizmów w instytucjach do których pracy przeciętny człowiek nie ma wglądu. To był bardzo dobry film gdzie nie wciskano na siłę wątków gdzie zachowania bohaterów lub przedmiotów przeczyły prawom fizyki. Miał trzymać w napięciu i trzymał. Nie wpychano na siłę wybuchów ani pościgów by przykuć uwagę widza. Nie było to potrzebne, gdyż fabuła broniła się sama.
Dodatkowo uroczo i na wysokim poziomie zagrana rola Jacka Alcotta (Orlando Bloom) – przypadkowo spotkanego włamywacza, miłośnika gier, wprawionego w walce wybawiciela i kata w jednej osobie. Oklaski dla Pana Blooma, za naprawdę mocny przekaz i charakter postaci. Na dokładkę Michael Douglas jako Eric Lash – mentor Alice, Toni Collette jako twarda babka na czele brytyjskiego wywiadu i nieoceniony John Malkovich. Obsada na piątkę.

Przymykając trochę oko na niedociągnięcia i mając już po dziurki w nosie odgrzewanych kotletów, uniwersów itp.itd. seans „Tożsamości zdrajcy” to całkiem niezła opcja zarówno na wieczór we dwoje jak i w samotności.

średnia ocen 7,6
czyli... prawie idealny

niedziela, 25 czerwca 2017

Gru, Dru i Minionki [recenzja] [audiorecenzja]

By On 13:22
Są takie filmy, które z automatu stają się kultowe i wchodzą do kanonu swojego gatunku. Nikomu z pewnością nie trzeba mówić czym są Minionki, te żółte małe rozrabiaki towarzyszą współcześnie prawie każdemu dziecku, a zdarza się, że i dorosłym. Plecaki, koszulki, zeszyty, obudowy na telefon, właściwie wszystkie możliwe gadżety czy nawet słodycze zdobione są Minionkami. Z jednej strony nie można się dziwić. Dwie pierwsze części "Despicable me" były bardzo dobrymi animacjami z mnóstwem żartów i powiewem świeżości w bajkach. Jednak na seans "Gru, Dru i Minionki" (ang. Despicable me 3 / 2017 r. / reż. Ken Daurio, Cinco Paul) nie szliśmy z wypiekami na twarzy, gdyż gdzieś z tyłu głowy siedziała poprzednia, bardzo średnia bajka o Minionkach. Weszliśmy do kina trochę spontanicznie... Nie planując nic konkretnie poszliśmy na spacer i trafiliśmy właśnie na ten seans. Pomyślałem sobie jednak "Przecież to sympatyczne, radosne stworzonka, które zawsze potrafią rozbawić! Co mogłoby pójść nie tak?"
Audiorecenzja, dla tych którzy wolą nas posłuchać 😏

Poznajemy nowego super złoczyńcę - Balthazar Bratt to była dziecięca gwiazda telewizji z lat 80. Żądny zemsty na całym świecie, za to że tak szybko go skreślono ma na celu ukraść największy diament jaki zna ludzkość. Przeszkodzić próbuje mu dzielny Gru, który od niedawna kroczy drogą prawa. Pomaga mu oczywiście jego wielka miłość Lucy.
Ona: Grucy!
Misja pary sprzymierzonej w Lidze Antyzłoczyńców nie okaże się tak łatwa na jaką początkowo wygląda. Ostateczna wpadka doprowadza do problemów w pracy, ponadto Minionki rozpoczynają strajk, a z drugiego końca świata docierają do załamanego Dru informacje na temat nieznanego dotychczas brata bliźniaka – Dru. Bajecznie bogaty Dru pragnie za wszelką cenę dorównać bratu i prosi by ten nauczył go fachu.
Bajkę widzieliśmy tydzień temu i tyle czasu zabierałem się też do recenzji. Jak ja żałuję, że ten spacer doprowadził nas akurat do tych drzwi sali kinowej nad którą wyświetlał się napis "Gru, Dru i Minionki'! Znalazłbym bez problemu tysiąc rzeczy, które lepiej byłoby zrobić w poprzednią sobotę. Wliczając w to zmywanie naczyń i sprzątanie całego mieszkania... Seans był bardzo męczący i nudy. Ta produkcja powinna być definicją "odgrzewanych kotletów", brakowało jej wszystkiego pod kątem fabularnym.

Ona: To już nie był nawet odgrzewany kotlet – tylko stara niejadalna podeszwa. Taka jest przykra prawda o nowej produkcji Illumination. Fanką Minionków jakoś nigdy nie byłam, choć faktycznie dwie pierwsze odsłony miały to coś, co sprawiło, że cała seria stała się powszechnie rozpoznawalna. Gru, Dru i... No właśnie, gdzie są tytułowe Minionki? Starczyło ich chyba tylko na kubki, opakowania z popcornem i plakaty reklamowe, gdyż w filmie Minionków praktycznie nie ma. Tak, tak – tytułowe Minionki występują może w trzech scenach i nie robią praktycznie nic prócz focha i pójścia w siną dal.
Nie było ani jednego momentu gdzie szeroko się uśmiechnąłem, a o prawdziwym zaśmianiu się mogłem jedynie pomarzyć. Dobitnym było też to, że nawet dzieci licznie przybyłe na sale wraz z rodzicami zaśmiały się może z 2-3 razy, ale tylko dlatego, że ktoś dostał w głowę lub... puścił bąka.
Ona: I było to jeszcze nim film się zaczął.
Wypuszczenie takiej bajki mając w dorobku świetnie poprzednie części to zakpienie z widza. Dostaliśmy znaną kreskę i znane postaci. Na tym trud scenarzystów się skończył. Powstała animacja bez ładu i składu, bez humoru i interesujących wątków.
Ona: Nie jesteśmy może grupą docelową w tego typu produkcjach i biorę to pod uwagę, ale nie umniejsza to mojemu rozczarowaniu. Starałam się znaleźć w tym choćby ćwiartkę wartości, ale nic! Pustka. Pierwszy raz (!!) zasnęłam w kinie. Cała fabuła tak naprawdę nie wnosi nic – Gru odnajduje brata, Dru jest irytujący, a Minionki nieobecne. Dzieci, do których film jest skierowany wyciągną na niego rodziców to jest pewne, a rodzice prócz kasy na bilety zostawią jeszcze drugie tyle na gadżety.

Czarę goryczy przelała jeszcze irytująca postać brata bliźniaka. Dru posiadał tak frustrującą wadę wymowy, że podczas wysłuchiwania jego kwestii aż mnie coś w środku bolało. Zdaję sobie sprawę, że nie byłem zbyt łagodny dla najnowszych przygód Gru i Minionków, jednak biorę także pod uwagę jak wielki spadek jakości wystąpił na przestrzeni tych kilku lat. Szkoda, że twórcy tego nie przeczytają, lecz wyrzucić z siebie muszę "Wstyd Panowie! Tak zwabić i oszukać dzieci oraz dorosłych! Wstyd!" 

średnia ocen 2,5
czyli... szkoda tracić czas

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Sama przeciw wszystkim [recenzja] [audiorecenzja]

By On 10:05



Jesteście za czy przeciw powszechnemu dostępowi do broni palnej? Ja jestem przeciwko i gdyby tylko kogokolwiek to interesowało podpisywałabym się rękami i nogami pod każdą podsuniętą mi listą – drukowanymi literami!
ON: To chyba największa ideologiczna kość niezgody między nami kochanie. Jestem zwolennikiem systemu gdzie każdy zdrowy na umyśle (!) człowiek powinien mieć prawo posiadania broni by chronić siebie i swoją rodzinę.
Tym samym z pełnym zaangażowaniem oglądałam film „Sama przeciw wszystkim” (ang. Miss Sloane /2016/ reż John Madden), który o tym dość kontrowersyjnym temacie prawi w obszerny i wyjątkowo chwytliwy sposób. Nie miałam pojęcia na jaki film idę, nie znałam tematyki. Mało brakowało, a przegapilibyśmy perełkę…
ON: Na swój sposób świetny film. Dawno nie widziałem tak dobrej „przegadanej” produkcji.
Film obejrzeliśmy stosunkowo późno po jego polskiej premierze, zapewne dlatego, że zazwyczaj to ja jestem motorem napędowym kinowych wypadów – a w tym przypadku miałam pewne wątpliwości. Zupełnie nieuzasadnione, jak się później okazało.
Elizabeth Sloane (Jessica Chastian) to twarda sztuka – zawodowo i prywatnie, choć granica pomiędzy tymi dwiema sferami w jej życiu właściwie nie istnieje. Uczona od dzieciństwa kłamstw i wywierania wpływu, doszła w nich do perfekcji. Zastanówmy się więc, gdzie w amerykańskim świecie z łatwością odnalazłaby się taka osoba? Odpowiedź jest oczywista jeżeli do powyższych umiejętności dodamy jeszcze chorobliwą ambicję – Elizabeth, a właściwie Madeline Elizabeth jest jedną z najlepszych waszyngtońskim lobbystek. Mogącą swobodnie wybierać w zleceniach, bezwzględnie skuteczna. Ze względu na swoją reputację, zyskaną ciężką pracą, otrzymuje intratną propozycje lobbowania za projektem łatwego dostępu do broni. Nie do końca jasne jest czemu propozycję tę odrzuca i przechodzi do kontrataku. Zabierając połowę swojej przeszkolonej ekipy, ramię w ramię z przeciwnikami posiadania broni nie tylko walczy o głosy senatorów, mataczy, lawiruje i pokazuje tym samym półświatek amerykańskiego lobbingu, ale trafia w końcu przed komisję śledczą.






Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać niż przeczytać

ON: Dodam tylko, że jest to t kobiety której nie sposób polubić! Udająca silną, niezależną, samowystarczalną, lecz pod maską skrywa ludzkie problemy i kompleksy. Do tego arogancka, gardząca innymi i uważająca się za najmądrzejszą. Zimne, wredne babsko w pełnej krasie. Z całym szacunkiem do wszystkich szanownych Pań, czytających tę recenzję 😏
Produkcja z założenia nie jest dla każdego. Pretenduje na miano filmu politycznego i jako taki jest dość skomplikowany zarówno jeżeli chodzi o tempo jak i o dialogi. Czasem ciężko było mi nadążyć za pomysłami głównej bohaterki i odnaleźć się w amerykańskich realiach. Bardzo dużo mamy tu nawiązań do konstytucji USA, a że w USA nie mieszkamy to i nie mamy obowiązku znać tych wszystkich poprawek… Nie mniej jednak, film porusza na tyle istotne zagadnienie, które dotyczy nas wszystkich, że jest dla mnie od dnia seansu całkowitym must watch dla każdego.
ON: Pełna zgoda, film dla myślącego widza, dlatego.. nie dla każdego. Nie dla osób które muszą mieć podane wszystko na tacy. Bez dwóch zdań dla wszystkich, którzy interesują się polityką i mechanizmami jakie tworzą współczesny świat.
Cały lobbing – choć niezwykle sprawnie pokazany, jest tu tak naprawdę jedynie dodatkiem przy zasadniczym pytaniu czy naprawdę każdy powinien mieć dostęp do broni palnej ot tak? Mogłoby się wydawać, że reżyser postawił na odpowiedź negatywną kierując Elizabeth do walki o przeforsowanie ustawy ograniczającej zakup broni. Historia ma jednak drugie dno, które powoli wypływa na równi z pierwszym poprzez historie pobocznych postaci.
ON: Jest to jeden z największych plusów tej produkcji. Być może właśnie dlatego przeszła bez większego echa? Reżyser nie opowiedział się wprost po żadnej ze stron, nie pokazał która droga jest tą właściwą. Każdy człowiek wyniesie z tego filmu inne wnioski. Jest to charakterystyczne jedynie dla wybitnych filmów.
Ostatecznie otrzymujemy film o tym jak nawet najbardziej idealistyczna walka może zamienić się w bezwzględną, pozbawioną sumienia i nastawioną jedynie na osiągnięciu założonego celu. Po trupach! Osobiście przez większą część filmu byłam pod ogromnym wrażeniem posągowej Elizabeth, a właściwie gry aktorskiej Chastian. Perfekcja w każdym calu. Bohaterka niejasna moralnie, niby trochę socjopatyczna, a jednak – choć nie jest to pokazane wprost – z wartościami. Myślę, że to jedna z jej lepszych kreacji.
ON: Nie mogę zgodzić się do końca. Owszem zagrała bardzo ciekawą postać, lecz wyglądała w moich oczach nieco sztucznie. Nie powiem oczywiście, że zagrała źle, jednak nie wybiła się niczym ponad resztę obsady, która swoją drogą zagrała świetnie!

Całość naprawdę godna polecenia, z morałem, zaskakująca fabularnie, dopracowana w stu procentach, nie przekombinowana. Rzadko spotykamy na swojej drodze tak warte polecenia produkcje, które skutecznie dźwigają na swoich ramionach kobiece bohaterki. Brawa dla Chastian!

średnia ocen 8,1
czyli... prawie idealny

niedziela, 18 czerwca 2017

Ponad wszystko [recenzja] [audiorecenzja]

By On 12:37
„Ponad wszystko” (ang. Everything everything/ 2017 / reż. Stella Meghie) to całkiem dobra nazwa, jak na tematykę produkcji. Choć może niekoniecznie w pozytywnym sensie. Ponad wszystko bo ponad nudę na ekranie, grę aktorską i przewidywalność filmu. Ostatecznie ponad braki pomysłów na jego zakończenie. Mimo wszystko sam film mnie urzekł, ponad wszystko co w nim było złe.
ON: Był to film po którym mam dziwne odczucia. Podobał mi się i nie podobał. Nie zaciekawił, ale też nie nudził. Był przewidywalny, ale historia wciągnęła. Sam nie wiem czy więcej w nim było dobrego czy złego kina, lecz ocenić jakoś spróbuję.
Maddy (Amandla Stenberg) od siedemnastu lat jest zamknięta we własnym domu niczym w więzieniu. I choć dom, w którym przyszło jej mieszkać jest wyjątkowo bogato urządzony, oszklony i w pełni dopasowany do potrzeb swojej niewychodzącej mieszkanki, to nadal nie imituje nawet w ułamku procenta tego, co można spotkać za jego progiem.
ON: Ale za to jakże bezpiecznie może się czuć w swojej oazie!

Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać niż przeczytać 😏

O wyjściu na zewnątrz nie może być mowy – Maddy jest chora na SCID, czyli ciężki złożony niedobór odporności w wyniku niedoboru deaminazy adenozynowej. Brzmi niemal tak kosmicznie jak kosmicznie w swoim domku na Marsie czuje się sama nastolatka. Jedyna styczność z innymi ludźmi przychodzi do niej w postaci pielęgniarki i nadopiekuńczej matki. Niewiele jak na nastoletnie zapotrzebowanie… Gdy do domu obok wprowadza się Olly (Nick Robinson) i po raz pierwszy staje w oknie po drugiej stronie hermetycznego okna Maddy, jej świat trzęsie się w posadach.
ON: Oraz jak można się domyślić pojawiają się pierwsze pęknięcia w tym domowym bunkrze przygotowanym przez matkę Maddy.
Film jest ekranizacją głośnej książki Nicola Yoon o tym samym tytule, dość wysoko ocenianej na tematycznych stronach. Stąd doczekawszy się wydania filmowego powinien ten poziom przynajmniej podtrzymać. Główny problem jaki mam z „Ponad wszystko” to fakt, iż ostatnimi czasy niemal, co chwilę raczeni jesteśmy równie ckliwymi opowieściami o śmiertelnie chorych nastolatkach.
ON: Oj tak, mogę się mylić, ale wydaje mi się, że co najmniej raz w roku musi wyjść film o zmagających się z przeciwnościami losu młodych ludziach, którzy odkrywają miłość, lub o nią walczą.
Choć chwytają za serce, choć sprawiają, że człowiek jakby bardziej docenia swoje życie i zaczyna uważać własne problemy za mniej istotne, to również znieczulają na każde kolejne wyciskacze łez. Jeżeli o Ponad wszystko chodzi, to równolegle mamy do czynienia ze współczesnym love story w wydaniu nastolatków. Jest to wszystko urocze, tkliwe i niewinne. Cała wymiana smsowo-mailowa trafiała do mnie jako do kobiety i rozumiem jej założenie, trochę współczuję męskiej stronie widowni, która zdecydowała się pójść z ukochanymi na seans. Poprzeczka romantyzmu postawiona wysoko! Mam tu na myśli głównie upór Olly'ego…
ON: Wypraszam sobie :) mnie ten motyw nie rozczarował, ani nie zmęczył! Moja romantyczna dusza parę razy zklaskała z zachwytu nad pomysłem realcji dwójki zakochanych. Swoją drogą to nigdy nie uchylałem się przed romansidłami czy komediami romantycznymi! Takich facetów jest zresztą mnóstwo, po prostu nie każdy się do tego przyznaje...
Z pozoru nudny film, rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni, reżyser koncepcją przeniósł w głąb umysłu bohaterów, a tu nawet smsy pokazane zostały inaczej i oryginalnej. Nie rozumiałam kilku zabiegów – głównie tych rozgrywających się w skomplikowanym i odciętym od świata umyśle Maddy (kosmonauta?), ale nie przeszkadzało mi to praktycznie wcale, patrząc po ogóle.
ON: Nieczytając książki mogę jedynie się domyślać, że tam ten wątek rozwinięto, a do filmu starali się go wcisnąć nie szukając czasu na wyjaśnienia.
Długo by mówić o przewidywalności i brakach aktorskich, ale nie widzę większego sensu by skupiać się na minusach. Film wart poświęcenia kilkudziesięciu minut swojego czasu, niekoniecznie obowiązkowo już w tym momencie, gdy jeszcze leci na dużym ekranie. Nudny – nikogo nie zamierzam oszukiwać, nic wielkiego i porywającego nie ma w nim miejsca, to nie film akcji z milionem zwrotów, ale wartościowy pod względem emocjonalnym. Na takie filmy mówię – motywatory. To motywator do zmiany postrzegania swojego życia.

średnia ocen 5,9
czyli... zaciekawił

Ukryte Piękno

Ukryte Piękno
recenzja

__

About me

Wszystkie filmy oceniamy w 5 kategoriach:

1- fabuła
2- dialogi/gra aktorska
3- fabuła/ realizacja
4- pod kątem gatunku
5- przyjemność z oglądania

w niezmiennej dziesięciostopniowej skali:

skala

opis

1

Nigdy w życiu!

2

Szkoda tracić czas...

3

W ostateczności

4

Na siłę

5

Można obejrzeć

6

Zaciekawił

7

Dobre kino

8

Prawie idealny

9

Wybitny

10

MAJSTERSZTYK!!


Odwiedziliście nas już

Zblogowani

zBLOGowani.pl