Enter your keyword

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lipca 2017

Jak zostać kotem [recenzja]

By On 09:45




Kino familijne. Kojarzy mi się głównie z dzieciństwem i niedzielnym, popołudniowym obiadem, gdy w tle leciało coś, na czym nawet nie trzeba było skupiać uwagi. Dokładnie z takim brakiem skupienia obecnie podchodzę do gatunku familijnego– dla dzieci, czyli nie dla mnie, prosta historia, nic odkrywczego.
ON: Ja jako dziecko wyczekiwałem wręcz tych niedzielnych seansów i z wypiekami na tworzy oraz w pełnym skupieniu wczuwałem się w mniej lub bardziej szalone poczynania młodych bohaterów w myślach stając się jednym z nich!
Zgodnie z powyższym film „Jak zostać kotem” (ang. Nine Lives / 2016 / reż. Barry Sonnenfeld) umknął nam w natłoku innych premier, a do kina ostatecznie się nie wybraliśmy. Niczym te koty, co to chodzą własnymi ścieżkami, a nasze ścieżki, w tym przypadku jak nigdy wcześniej solidarnie skierowały się w przeciwną stronę niż sala kinowa… Nawet doceniany przeze mnie Kevin Spacey i jego groźne spojrzenie nie skusiły ani nie zmusiły mnie do zakupu biletu. Dopiero, gdy innej opcji ze świecą było szukać, w kinie już wszystko obejrzane, a w dołku paląca potrzeba kinomaniaka na detoksie, kliknęliśmy na „wypożycz” (Chili.TV) z brakiem entuzjazmu.
ON: Zwłaszcza że w serwisie są setki świetnych filmów, które muszą czekać na swoją kolej. Nie chcę nawet wypominać, kto uprał się na ten wybór, kochanie…
Uwierzcie, wielokrotnie już produkcje filmowe dobitnie udowadniały mi, że zwiastun niczym pierwsze wrażenie, może mylić. Teraz po seansie „Kota” wiem dodatkowo, że uprzedzenia również te w stosunku do gatunków filmowych, są warte mniej niż zużyty żwirek w kociej kuwecie, względem rzetelnego obejrzenia i sprawdzenia jak to się mówi „na własnej skórze”. Choćbyśmy mieli utracić jedno ze swoich dziewięciu żyć… 😏
Tom Brand (Kevin Spacey) to ekscentryczny biznesman, którego największym marzeniem, a zarazem firmowym celem jest zbudowanie najwyższego budynku w Ameryce. Kosztem nie swoim, a inwestorów oraz rodziny, ale jedynie czasowym – buduje swój drapacz chmur. Nie zwracając uwagi na opory inwestorów i pozostałych akcjonariuszy, z pakietem większościowym robi co mu się żywnie podoba, zaniedbując przy okazji rodzinne ognisko domowe. Choć ojciec z niego żaden – zarówno dla dorosłego już syna, jak i nastoletniej córki, potomstwo wielbi go i stara się sprostać oczekiwaniom. Tymczasem Tom chętniej skacze ze spadochronem niż przesiaduje w domu, a prezenty urodzinowe kupuje na ostatnią sekundę. To ostatnie ewidentnie wychodzi mu… kotem.
Nie zamierzam nikomu wmawiać, że ten film to arcydzieło. Szczególnie, gdy do gatunku dodamy jeszcze opcję dubbingu. Kevin Spacey z dubbingiem? Uszy zabolały.
ON: Dubbing niestety pozostawiał wiele do życzenia. Jednak po kilkunastu minutach człowiek się przyzwyczaja, a pod koniec nawet przestaje mu przeszkadzać :)
Aczkolwiek… nie było, aż tak źle jak nastawiłam się, że będzie. Postaram się na to spojrzeć oczami najmłodszych. Historia jak przystało na film dla dzieci, miała bardzo wyraźnie zarysowane przesłanie, morał oraz cały szereg lekcji i grożenia palcem na popełniane przez bohaterów błędy. Przez to wszystko jest całkiem dobrą pozycją edukacyjną pod kątem moralności i wartości rodzinnych, ale tylko dla dzieci. Dorośli prawdopodobnie odczują przesyt oraz dostrzegą od pierwszych sekund do czego to wszystko zmierza, jak się rozwinie i na czym zakończy.
ON: Decydując się na tę historię trzeba mieć świadomość co będziemy oglądać. Prosty film z przekazem, który na pewno zachwyci najmłodszych. Produkcja jaką dzieciaki uwielbiają, a co najważniejsze NIE MĘCZY (!) dorosłych. W sam raz na niedzielny seans dla całej rodziny!

Ma to swoje plusy – film nie wymaga myślenia, nie zawiera scen brutalnych, nie ma skomplikowanych dialogów, a na dodatek po ekranie hasa uroczy sierściuch. Czego chcieć więcej? Może odrobiny elementu zaskoczenia… I tyle. Film to lekko oberwana półka, która chciała pretendować na miano średniej. Nie jest źle, ale mogło być lepiej. 



średnia ocen 4,9
czyli... można obejrzeć!

film obejrzeliśmy dzięki Chili.Tv

piątek, 31 marca 2017

Ghost in the Shell [recenzja]

By On 22:29


Zanim zacznę moją rozprawę na temat rozczarowania filmem "Ghost in the Shell" (2017, reż. Ruper Sanders) muszę zwierzyć się, że przed laty byłem może nie maniakiem tego gatunku, ale kilkanaście anime obejrzałem. Kilka było średnich, paru nawet nie dokończyłem, lecz trafiały się tytuły, którymi byłem wprost zafascynowany! Bardzo lubiłem oryginalny, inny rodzaj przekazu emocji bohaterów, ich historii od tego jak pokazują to europejscy lub amerykańscy twórcy. Sam się śmieję, kiedy słyszę, że to "chińskie bajki", ale szanuję zbyt wiele anime, by mówić o tym gatunku z pogardą. Zawsze kiedy czytam, że Hollywood planuje ekranizację anime lub mangi boję się katastrofy. Niestety moje obawy potwierdziły się w przypadku tego filmu. 
ONA: Ja wręcz przeciwnie. Jedyne podejście do oglądania anime to "Death Note" – nie przemówiło do mnie, trochę nie dałam temu szansy. Zanim więc przejdę do dygresowania – powiem wprost, znawcą nie jestem stąd nie mogę być żadnym wyznacznikiem dla fanów gatunku. Polecam jednak moje spojrzenie na "Ghost in the Shell" osobom takim jak ja, które nigdy nie miały nic wspólnego z anime bądź mangą, a może chciałyby spróbować.
W odległej, mrocznej przyszłości w barach lub na ulicach równie często, co człowieka można spotkać cyborga. 
ONA: Odniosłam wrażenie, że łatwiej spotkać kogoś zmodyfikowanego bądź robota niż człowieka z krwi i kości.
Roboty funkcjonują między ludzką społecznością służąc i dostarczając rozrywki. Major (Scarlett Johansson) to kobieta, cudem uratowana przed śmiercią. Właściwie to uratowano jedynie jej mózg, a dzięki wielkiemu konsorcjum Hanka stała się pierwszą Hybrydą - pół człowiekiem-pół robotem! Mózg, uczucia, emocje i ducha uwięziono w robotycznym pancerzu. Nie tylko pozwoliło jej to przetrwać, ale jednocześnie stać się żołnierzem niemal idealnym. Przez długi czas służyła wiernie tajemniczej Sekcji 9 i zwalczała najniebezpieczniejszych zbirów i przestępców. Wszystko szło jak po maśle dopóki nie zjawił się przedstawiciel najgroźniejszej grupy przestępców – hakerów – tajemniczy Kuze (Michael Pitt). Major musi zmierzyć się z zagadką swojej przeszłości, a także dowiedzieć się komu może zaufać, a kto i dlaczego pragnie ją okłamać. 
ONA: Brzmi całkiem nieźle, no nie?
Najnowsza ekranizacja "Ghost in the Shell" ze Scarlett Johansson w roli głównej miała świetną kampanię medialną. Zapowiadano wielką bombę, film przełomowy, który nawiązywał do klasyki japońskiej mangi. Scarlett Johansson i znana historia z pewnością przyciągną do kin wielu widzów, pytanie jak wielu wyjdzie z sali kinowej zadowolonych? Dla mnie to na pewno nie była bomba, ba myślę, że nawet nie granat. No może granat dymny, który efektami i wizją przyszłości przykrył płytką historię. "Ghost in the Shell" – ach jak idealnie ten tytuł, ta fraza pasuje do tego, co czuję po obejrzeniu fabularnej wersji kultowej mangi. Próba przeniesienia charakterystycznych cech anime do realnego filmu nie mogła się udać Rupertowi Sandersowi. Podczas seansu aż słyszałem
uderzenia uwięzionego ducha anime, które chciało się wyrwać z pancerza hollywoodzkiego filmu. Przenosząc porównania z filmu do rzeczywistości – nigdy robot i jego mechaniczne ruchy nie będą przypominały tych ludzkich, tak samo aktorski film wygląda sztucznie starając się skopiować schematy z anime. Według mnie film fabularny, choćby nie wiem z jak wysokim budżetem i gwiazdami nie ma szansy oddać ducha japońskich produkcji, po prostu są to całkowicie różne od siebie formy obrazu. 
ONA: Obce jest mi mangowe przesłanie oraz klimaty anime. Stąd oceniam ten film pod innym kątem. Jak dla mnie historia była po prostu płaska. Scarlett przypomniała mi bohaterkę z "Lucy" z tym jej krzywym chodem i sztywną ręką... Starała się kobieta być machiną, ale no nie wiem, zupełnie nie wyszło. Klimat jak klimat – imponująca wizja miasta przyszłości oraz rozwiniętej pod względem technologicznym cywilizacji. Przez pierwsze piętnaście minut wielkie WOW, później już nadmiar i przesyt z każdego kąta.
Fabuła i akcja filmu były bardzo proste i przewidywalne. Gra aktorska była irytująca, nie potrafiłem się zainteresować i wczuć w losy bohaterów tak jak lubię. Obejrzałem po prostu historię osadzoną w ciekawie przedstawionej przyszłości. Żeby nie było, że tylko krytykuję to na uwagę zasługują efekty specjalne i właśnie wizja przyszłości. Super technologia miesza się z kiczem i wszechobecnymi, nachalnymi reklamami. Ekstrawaganckie, nowoczesne budowle patrzą z góry na budynki, które przetrwały być może kilkanaście dekad charakteryzują ogromne dysproporcje w społeczeństwie. Trzeba przyznać, że na samą myśl o takiej przyszłości włos mógł zjeżyć się na głowie. Na pewno nie był to tytuł, który będzie za mną chodził przez najbliższe tygodnie. W samym tylko marcu widziałem kilka filmów, które zrobiły na mnie większe wrażenie. Kończąc napiszę tylko jedno słowo jakim skwitowałem
"Ghost in the Shell" – rozczarowanie. 
ONA: Średniak w ciekawym świecie osadzony. Historia mogłaby zrobić furorę tak jak udało mi się doczytać, zrobiła w wersji anime. Podejrzewam, że ci najwięksi fani będą rozsiewać po sieci ogromny hejt na wszystko i wszystkich związanych z produkcją. Czy słusznie? Może, ja też bym się wkurzyła gdyby mojego ukochanego HP nagle wyprodukowali z marnym skutkiem w wersji musicalowej lub Bollywood! Pozostali natomiast pójdą, obejrzą i wyjdą mniej lub bardziej zainteresowani. Średniak jak się patrzy, żadne must see –a miało, cholera! Potencjał.
~Art 
średnia ocen 4,2
czyli... na siłę !

KRYTERIUM OCENY
ONA
ON
FABUŁA


DIALOGI – GRA AKTORSKA


REALIZACJA POMYSŁU


POD KĄTEM GATUNKU


PRZYJEMNOŚĆ Z OGLĄDANIA


PLUSY
+ ciekawie pokazane miasto przyszłości wraz z nowoczesnymi wynalazkami i przesytem ruchomych reklam
+ wizja przyszłości
+ efekty specjalne

MINUSY
- właściwie to ciężko określić, film nijaki
- Scarlett zagrała typowo jak na siebie.. czyli tak se
- nieudolna próba przeniesienia anime do filmu fabularnego
- przewidywalność w historii


poniedziałek, 27 marca 2017

Power Rangers [recenzja]

By On 10:05
Współczesne kobiety wychowały się na bajkach typu Piękna i Bestia, "Kopciuszek", czy "Królewna Śnieżka". Te kultowe bajki kształtowały młodziutkie charaktery dziewczynek, z których wyrastały wspaniałe kobiety. 
ONA: Przyjmę to jako komplement 💓💙💚💛
Natomiast każdy chłopiec wychowujący się w latach 90. musiał choć przez chwilę pragnąć zostać Wojownikiem Mocy.
ONA: i rozwalać kitowców kiedy mała księżniczka czeka na niego w domu z kolacją?
Bez względu czy z miasta, czy ze wsi, wszyscy niecierpliwie wypatrywali na sobotni i niedzielny poranek, a dokładnie cotygodniową przygodę z "Power Rangers"! Mam ogromny sentyment do tego tytułu (mam na myśli jedynie pierwszą serię przygód wojowników "Mighty Morphin Power Rangers). Zdaje sobie sprawę, że z perspektywy lat serial wydaje się kiczowaty i banalny jednak w wieku lat kilku byłem nim zachwycony! Towarzyszą mi jedynie miłe wspomnienia związane z Billym, Jasonem, Kimberly, Zachiem, czy Trini. Podczas zabaw zawsze pragnąłem być Niebieskim Wojownikiem. Nie jakimś tam mięśniakiem - czerwonym, lub cwaniakiem - zielonym/białym, ja zawsze byłem niebieskim – bystrzejszym i mądrzejszym od reszty – co akurat zostało mi do dziś :) 
ONA: Jak zwykle skromny...
Gdy tylko dowiedziałem się o zapowiedzianym filmie pełnometrażowym, początkowo wpadłem w euforię! Ktoś zaplanował dla mnie sentymentalną podróż do beztroskich lat młodzieńczych? Świetnie! Z czasem jednak zacząłem się martwić paroma kwestiami. No bo przecież jeśli całkowicie zawalą tytuł, na którym się wychowałem? Jeśli doprowadzą do powstania rysy na tej wyidealizowanej historii Power Rangers? Na prawdę nie chciałem się pozbywać tej dziecięcej radości... Mimo tego niepokoju, im bliżej było premiery nie siwiałem ze stresu, lecz czułem, że młodnieje z każdym dniem. Na tydzień przed premierą, znowu, jak za dzieciaka wyczekiwałem soboty - dnia w którym z wypiekami na buźce będę przeżywał nowe przygody Rangersów!
Power Rangers (2017 reż. Dean Isrealite) opowiada nam nową wersje historii o Wojownikach Mocy. Piątka na pozór całkowicie różnych, obcych sobie nastolatków trafia przez zbieg okoliczności do kopalni złota w malowniczej miejscowości Angel Grove. Przeznaczenie zdecydowało, że muszą oni dokonać tego, co nie udało się ich poprzednikom przed milionami lat – uratować ziemię, a być może i cały wszechświat przed bezwzględną Ritą! Niezwykle wysoko postawiona poprzeczka jak na ludzi, którzy próbują uporać się ze swoimi własnymi problemami...
Ona: W końcu zrozumiałam po tylu latach, o co tak naprawdę chodzi w Power Rangers. Możecie mi wierzyć lub nie, ale nigdy nie wyłapałam tego aspektu z serialu. W moich oczach po prostu bili się, co odcinek z kitowcami i wielkimi roboto-potworami, aby w końcu odnieść sukces. I tak w kółko. Tego też obawiałam się po filmie. On – się cieszył, Ona – czyli ja, miałam wizję spędzenia w kinie dwóch godzin nawalanki o cholera wie co, z nie wiadomo kim. Trochę na kształt Transformers, ale nie do końca. W każdym razie – byłam załamana. Mówcie, co chcecie – Power Rangers kojarzy mi się z totalnym serialowym dnem, kiepską fabułą i jeszcze gorszą realizacją. Tandetą! Ok – kojarzyło mi się z tandetą, bo nowa odsłona nie dość, że rozjaśniła mi w głowie po co piątka ludzi morfuje i wbija się w roboto-dinozaury, to jeszcze była całkiem nieźle zrealizowana. Przynajmniej na tyle, abym nie spisała czasu spędzonego w kinie na straty...

Nastawiałem się na tzw "siekę" – dużo akcji, dużo walki, szybki przebieg wydarzeń, fabuła na bok. Pozytywnie się rozczarowałem. Dostajemy na prawdę solidny, bardzo rozbudowany jak na tego typu film wstęp. Twórcom wyraźnie zależało na treści. Poznajemy każdego z piątki głównych bohaterów, ich problemy i słabości.
ONA: Wstęp na tyle rozbudowany, że nawet totalny laik nie musi się martwić, że za historią nie nadąży i, że gdzieś w połowie zupełnie nie będzie wiedział, o co chodzi. Jeżeli nie widziałeś nigdy nawet fragmentu Power Rangers, to może nawet lepiej. Przez retrospekcję solidnie wchodzimy w opowieść, aby następnie zmierzyć się z teraźniejszością. Jak dla mnie, laika i kobiety – ok!
Reżyser postawił na budowanie emocji oraz dramaturgię wydarzeń – w ogólnej ocenie wyszło to na plus. Walki o dziwo nie ma zbyt dużo, natomiast kiedy już dochodziło do pojedynków można powiedzieć, że były oryginalne, na pewno nie przedstawione w oklepany sposób. Rozczarowują jedynie odrobinę Zordy. Nie przekonały mnie do siebie, odnoszę wrażenie, że twórcy nie mieli na nie pomysłu. 
ONA: Powiedziane było, że Zordy – dla niezorientowanych – pojazdy Rangersów, zbudowane były na kształt największych ziemskich istot. W czasach, gdy stworzone zostały te filmowe – były to głównie dinozaury. Kwintesencją rozczarowania, o którym mówi On, a którego ja zupełnie nie rozumiem, było zdanie "Ten jeden Zord to chyba jakiś żuk gnojarz był...", więc moi Mili, od teraz żuki gnojarze są najpotężniejszymi zwierzętami :)
Całe szczęście jest mnóstwo nawiązań do pierwszej serii serialu, ale nie zamierzam psuć wam frajdy spoilerami (jak już jestem przy spoilerach – scena po napisach na pewno was ucieszy!).
Film oceniam bardzo dobrze, pewnie przez to wszystko o czym wspominałem na początku. "Power Rangers" na pewno mnie nie rozczarował, a wręcz przysporzył dużo frajdy! Wyszedłem z niego z uśmiechem na ustach, ach jak miło było cofnąć się jakieś dwie dekady w czasie :)

ONA: Podsumowując już mniej sentymentalnie. Film to typowe kino akcji dobrze zakorzenione w historii przez co nie wymagające znajomości serialu, by się odnaleźć. Dialogi może nie powalają, ale nie ukrywajmy – tu się liczą obrazki. Mnie osobiście niesamowicie irytowała postać złowrogiej Rity, która była zdecydowanie źle zrobiona i niespójna z całością. Standardowo – patrząc pod kątem ostatniej kinematografii wszelakiej – w dobrym świetle przedstawiony został jedyny aktor ciemnoskóry jednocześnie ratując film od strony dialogów i humoru. Całość ciekawa, można obejrzeć zarówno z dziadkiem jak i z małym synem. Z córką radzę jednak iść na Piękna i Bestia. Ot taki film na przełamanie ciężkich filmów psychologicznych i mrocznych thrillerów.
średnia ocen 7,1
czyli... dobre kino

KRYTERIUM OCENY
ONA
ON
FABUŁA


DIALOGI – GRA AKTORSKA


REALIZACJA POMYSŁU


POD KĄTEM GATUNKU


PRZYJEMNOŚĆ Z OGLĄDANIA


PLUSY
+ zakorzenienie w historii, mocno rozbudowana fabuła i wstęp
+ realizacja i montaż
+ powrót Power Rangers
+ wciągająca opowieść
+ dopracowane postaci i ich historie
MINUSY
- postać złowrogiej Rity
- dialogi
- niedopracowane Zordy
- główny potwór-przeciwnik



Ukryte Piękno

Ukryte Piękno
recenzja

__

About me

Wszystkie filmy oceniamy w 5 kategoriach:

1- fabuła
2- dialogi/gra aktorska
3- fabuła/ realizacja
4- pod kątem gatunku
5- przyjemność z oglądania

w niezmiennej dziesięciostopniowej skali:

skala

opis

1

Nigdy w życiu!

2

Szkoda tracić czas...

3

W ostateczności

4

Na siłę

5

Można obejrzeć

6

Zaciekawił

7

Dobre kino

8

Prawie idealny

9

Wybitny

10

MAJSTERSZTYK!!


Odwiedziliście nas już

Zblogowani

zBLOGowani.pl