Enter your keyword

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 czerwca 2017

Gru, Dru i Minionki [recenzja] [audiorecenzja]

By On 13:22
Są takie filmy, które z automatu stają się kultowe i wchodzą do kanonu swojego gatunku. Nikomu z pewnością nie trzeba mówić czym są Minionki, te żółte małe rozrabiaki towarzyszą współcześnie prawie każdemu dziecku, a zdarza się, że i dorosłym. Plecaki, koszulki, zeszyty, obudowy na telefon, właściwie wszystkie możliwe gadżety czy nawet słodycze zdobione są Minionkami. Z jednej strony nie można się dziwić. Dwie pierwsze części "Despicable me" były bardzo dobrymi animacjami z mnóstwem żartów i powiewem świeżości w bajkach. Jednak na seans "Gru, Dru i Minionki" (ang. Despicable me 3 / 2017 r. / reż. Ken Daurio, Cinco Paul) nie szliśmy z wypiekami na twarzy, gdyż gdzieś z tyłu głowy siedziała poprzednia, bardzo średnia bajka o Minionkach. Weszliśmy do kina trochę spontanicznie... Nie planując nic konkretnie poszliśmy na spacer i trafiliśmy właśnie na ten seans. Pomyślałem sobie jednak "Przecież to sympatyczne, radosne stworzonka, które zawsze potrafią rozbawić! Co mogłoby pójść nie tak?"
Audiorecenzja, dla tych którzy wolą nas posłuchać 😏

Poznajemy nowego super złoczyńcę - Balthazar Bratt to była dziecięca gwiazda telewizji z lat 80. Żądny zemsty na całym świecie, za to że tak szybko go skreślono ma na celu ukraść największy diament jaki zna ludzkość. Przeszkodzić próbuje mu dzielny Gru, który od niedawna kroczy drogą prawa. Pomaga mu oczywiście jego wielka miłość Lucy.
Ona: Grucy!
Misja pary sprzymierzonej w Lidze Antyzłoczyńców nie okaże się tak łatwa na jaką początkowo wygląda. Ostateczna wpadka doprowadza do problemów w pracy, ponadto Minionki rozpoczynają strajk, a z drugiego końca świata docierają do załamanego Dru informacje na temat nieznanego dotychczas brata bliźniaka – Dru. Bajecznie bogaty Dru pragnie za wszelką cenę dorównać bratu i prosi by ten nauczył go fachu.
Bajkę widzieliśmy tydzień temu i tyle czasu zabierałem się też do recenzji. Jak ja żałuję, że ten spacer doprowadził nas akurat do tych drzwi sali kinowej nad którą wyświetlał się napis "Gru, Dru i Minionki'! Znalazłbym bez problemu tysiąc rzeczy, które lepiej byłoby zrobić w poprzednią sobotę. Wliczając w to zmywanie naczyń i sprzątanie całego mieszkania... Seans był bardzo męczący i nudy. Ta produkcja powinna być definicją "odgrzewanych kotletów", brakowało jej wszystkiego pod kątem fabularnym.

Ona: To już nie był nawet odgrzewany kotlet – tylko stara niejadalna podeszwa. Taka jest przykra prawda o nowej produkcji Illumination. Fanką Minionków jakoś nigdy nie byłam, choć faktycznie dwie pierwsze odsłony miały to coś, co sprawiło, że cała seria stała się powszechnie rozpoznawalna. Gru, Dru i... No właśnie, gdzie są tytułowe Minionki? Starczyło ich chyba tylko na kubki, opakowania z popcornem i plakaty reklamowe, gdyż w filmie Minionków praktycznie nie ma. Tak, tak – tytułowe Minionki występują może w trzech scenach i nie robią praktycznie nic prócz focha i pójścia w siną dal.
Nie było ani jednego momentu gdzie szeroko się uśmiechnąłem, a o prawdziwym zaśmianiu się mogłem jedynie pomarzyć. Dobitnym było też to, że nawet dzieci licznie przybyłe na sale wraz z rodzicami zaśmiały się może z 2-3 razy, ale tylko dlatego, że ktoś dostał w głowę lub... puścił bąka.
Ona: I było to jeszcze nim film się zaczął.
Wypuszczenie takiej bajki mając w dorobku świetnie poprzednie części to zakpienie z widza. Dostaliśmy znaną kreskę i znane postaci. Na tym trud scenarzystów się skończył. Powstała animacja bez ładu i składu, bez humoru i interesujących wątków.
Ona: Nie jesteśmy może grupą docelową w tego typu produkcjach i biorę to pod uwagę, ale nie umniejsza to mojemu rozczarowaniu. Starałam się znaleźć w tym choćby ćwiartkę wartości, ale nic! Pustka. Pierwszy raz (!!) zasnęłam w kinie. Cała fabuła tak naprawdę nie wnosi nic – Gru odnajduje brata, Dru jest irytujący, a Minionki nieobecne. Dzieci, do których film jest skierowany wyciągną na niego rodziców to jest pewne, a rodzice prócz kasy na bilety zostawią jeszcze drugie tyle na gadżety.

Czarę goryczy przelała jeszcze irytująca postać brata bliźniaka. Dru posiadał tak frustrującą wadę wymowy, że podczas wysłuchiwania jego kwestii aż mnie coś w środku bolało. Zdaję sobie sprawę, że nie byłem zbyt łagodny dla najnowszych przygód Gru i Minionków, jednak biorę także pod uwagę jak wielki spadek jakości wystąpił na przestrzeni tych kilku lat. Szkoda, że twórcy tego nie przeczytają, lecz wyrzucić z siebie muszę "Wstyd Panowie! Tak zwabić i oszukać dzieci oraz dorosłych! Wstyd!" 

średnia ocen 2,5
czyli... szkoda tracić czas

czwartek, 8 czerwca 2017

Sing [recenzja] [audiorecenzja]

By On 18:54
Szumnie zapowiadana setkami zwiastunów na kilka miesięcy przed premierą. Ogłoszona hitem nim się jeszcze pojawiła na ekranach. Tak tak Moi Mili, mowa o animacji Illumination „Sing” ( 2016/ reż. Garth Jennings). Bajce o tyle dziwnej, że za pierwszym podejściem – tym premierowo kinowym – odrzuciło nas od niej zupełnie, a z seansu wychodziliśmy zażenowani, ale o dziwo przy podejściu drugim, już w domowych pieleszach, na Chili.tv coś pękło, ułożyło się na nowo i z lekkością dobrnęliśmy do końca. No przynajmniej ja – a Ty?
ON: Wywołany do tablicy muszę stwierdzić, że faktycznie drugi seans podobał mi się dużo bardziej. Pierwsze podejście rozczarowało, drugie miało być lekkie, szybkie i przyjemne – zdało egzamin. Takie filmy chce się oglądać w weekendowe, senne poranki!
Buster Moon (Matthew McConaughey/Marcin Dorociński) to urodzony optymista. Pomimo rozpadającego się miejsca pracy, które jest jednocześnie jego własnością, pomysłem na życie i domem – nie traci nadziei na sukces. Nigdy (!) choć brakuje prądu, choć ściany pękają od pukania nieopłaconych fachowców, a bankowa windykacja dzwoni nieustająco... Sukcesem tym jest wskrzeszenie do aktywnego działania, ukochanego, w pocie czoła wykupionego mu przez ojca, starego teatru. Z pomocą podstarzałej już sekretarki Panny Crawly (Garth Jenning – reżyser!) organizują w ramach ostatniego tchnienia teatru – konkurs wokalny. Swoiste być albo nie być w wersji talent show.

Audiorecenzja dla tych, co wolą posłuchać niż przeczytać 😏



ON: Talent show, który przez nieudolność Panny Crawly ma szansę zamienić się w kopalnię wokalnych talentów. Poza właśnie Busterem i jego asystentką poznajemy losy kilku ciekawych postaci. Przybliżone są nam ich historie i drogi jakie przeszli by stanąć na deskach teatru.
Fabuła animacji nie zachwyca. Przez pierwszych kilkadziesiąt minut na ekranie niewiele się dzieje. Poznajemy i to w ślimaczym tempie wszystkich bohaterów i oglądamy Idola w wersji animowanej. Ze staraniami o pieniądze Bustera w tle.

ON: Mnie sam motyw castingu się podobał. Nawet parę razy udało mi się podczas niego uśmiechnąć. Twórcy oryginalnie dopasowali różne gatunki zwierząt pod konkretne gatunki muzyczne.
Sami bohaterowie to stereotypowi i pełni sprzeczności ludzie w wersji zwierzęcej. Do polubienia – mi osobiście do gustu najbardziej przypadł wrażliwiec Johnny, który wolał śpiewać niż kraść. No sami widzicie, bajka z wartościami dla dzieci! Ewidentnie. Ostatecznie akcja skupia uwagę dopiero na ostatnie trzydzieści-czterdzieści minut wplatając w treść morał i element wzruszenia. Cała reszta oparta na miłej dla oka – choć już aż nadto znajomej kresce i znanych motywach muzycznych.

ON: Niestety jak na film z taką promocją nie dostaliśmy nic odkrywczego. Wątki ani trochę nie pachniały świeżością, miałem wrażenie że gdzieś już wszystko widziałem. Sama historia stworzona z pomysłem, lecz nie postawiono ostatecznie kropki nad i. Nawet bohaterowie, mimo że charakterystyczni i ciekawi, to nie trafili do mojego serca tak jak to bywa z podobnymi produkcjami.

Bajka w głównej mierze skierowana do najmłodszych widzów. Ze świecą – w końcu prąd jest w teatrze Bustera Moona rzadkością – szukać tu jakichkolwiek dwuznacznych żartów, które zrozumieliby wyłącznie dorośli. Jak już wcześniej wspomniałam, seans kinowy nie zachwycił, zapewne głównie przez wysokie oczekiwania wykreowane zapowiedziami. Pozycja wpisała się za to jako idealna opcja do niedzielnego śniadania. Nic dodać nic ująć. Bardziej na seans rodzinny i z pociechami niż na wieczór we dwoje. 

średnia ocen 6,1
czyli... zaciekawił
Film obejrzany dzięki

poniedziałek, 22 maja 2017

Vaiana: Skarb oceanu [recenzja]

By On 21:02
Pamiętam dobrze, jak pod koniec 2016 roku do kin wchodziła animacja Disneya „Vaiana: Skarb oceanu” (ang. Moana / 2016 / reż. Ron Clements, John Musker) i równie dobrze pamiętam jaką niechęcią ją wtedy darzyłam. Znikąd szczerze mówiąc, gdyż ani zwiastuny ani sama grafika nie była przecież odpychająca. Ot standardowa bajka Disneya, a jednak w mojej głowie zrodził się dystans, z którego powodu ostatecznie nie wybraliśmy się na seans.
ON: Taki twój kaprysik :)
Stąd, gdy tylko na Chili.tv pojawiła się szansa obejrzenia tej pozycji w opcji wypożyczenia (klik!) od razu odrzuciłam w ogóle taką możliwość, a po chwili przyszła refleksja ale właściwie dlaczego, nie? Nie umiałam sobie odpowiedzieć na to pytanie. Film wypożyczyłam i postawiłam siebie przed faktem dokonanym. Wystarczyło już tylko obejrzeć i wiecie co? Cytując podejrzanie wpadającą nutę z tejże bajki Jest ok, jest ok, drobnostka!. Głupia byłam, bo animacja Disneya okazała się miłym towarzyszem sobotniego pikniku. Nawet dla takiej staruchy jak ja :)
ON: Nie wprowadzaj proszę naszych czytelników w błąd!! Żadna z niej starucha moi drodzy ;)
Vaiana jest nastolatką żyjącą wśród swojego plemienia na niewielkiej wysepce. Ponieważ wyspa dostarcza im wszystkim wszelkich niezbędnych do życia surowców, dawne plemię odkrywców zapuściło na niej korzenie odrzucając tradycję żeglarską przodków.
ON: Stawiając tym samym pierwszy krok do upadku cywilizacji!
Wydaje się, że jedynie Vaiana czuje ducha przeszłości i ciągnie myślami za rafę koralową. Ku uciesze swej babci- uznanej wszem i wobec za wariatkę, a utrapieniu ojca- wodza plemienia. Nie do końca początkowo są jasne zakazy stawiane przed dziewczyną, a dotyczące wyruszania poza horyzont. Jak się jednak okazuje to nie zwykłe widzimisie nadopiekuńczego ojca.
ON: E tam, całkowite widzimisie! Strachliwy był i nie wierzył w swoją córkę.
Vaiana odkrywa z czasem wraz z wysysanym z wyspy życiem, że osławiony półbóg Maui decydując się na kradzież serca bogini Te Fiti sprowadził na wszystkie wyspy po kolei śmierć i popioły. Tym samym plemię staje u progu kataklizmu – braku ryb, drzew owocowych, plonów... Łamiąc zakazy ojca, wybrana przez ocean oraz kierowana sercem i odwagą Vaiana wyrusza na poszukiwanie Mauiego. Przeznaczeniem jej wyprawy jest zmuszenie półboga do oddania Te Fiti jej serca, a co za tym idzie uratowania przed śmiercią swoich pobratymców. Nie będzie to jednak takie łatwe, gdyż Maui to narcystyczny głupek zawistnie broniący jedynie swoich interesów.
ON: A przy okazji chyba jedyna postać w całej bajce, która irytowała swoim zachowaniem.
Teraz, gdy już widziałam Vaiana: Skarb oceanu mogę sobie odpowiedzieć na pytanie ale właściwie dlaczego, nie? Odpowiedź nasuwa się niemal sama – otóż, właśnie tak! Jednocześnie widzę wiele zmarnowanego potencjału, gdyż całokształt pomysłu był na tyle oryginalny i wciągający, a został niejako spłaszczony.
ON: Otóż to! Starodawne legendy i mity były świetne, aż żal, że nie było ich więcej.
Wynikać to może z ograniczających ram czasowych… Zacznijmy od animacji, która jest zdecydowanie miła dla oka. Postaci są wyraziste – przynajmniej te główne czyli Vaiana i Maui. Historia zadziwiająco dobrze opowiedziana, ze szczegółami dawkowanymi z rozsądkiem i pewną dozą humoru. Całość oparta na już może lekko oklepanej, ale dalej aktualnej koncepcji podróży i jak to w disneyowskich produkcjach bywa na uczynieniu z najsłabszych i najmniej odpowiednich osób tych najważniejszych dla powodzenia misji. Animacja jak najbardziej skierowana do różnych grup wiekowych – od brzdąców po dziadków, każdy powinien odnaleźć w niej coś dla siebie.


ON: Ja osobiście uważam, że najmłodsi nie wyniosą z niej nic więcej niż kolorowe obrazki. Przekaz wcale nie był prosty, a całą historię zrozumieć mogą jedynie dojrzalsze dzieci.

Czego mi brakowało? Chyba rozwinięcia kilku wątków, głównie tych mitologicznych i mniejszej ilości śpiewania. Teraz we wszystkich bajkach musi być choć odrobina musicalu.
ON: A jak już śpiewali to mogli śpiewać więcej o legendach…

Śpiewanie dodaje odwagi, wyciąga z depresji… Ale co tam przecież to Drobnostka!!



średnia ocen 7,5
czyli... Dobre kino!

film obejrzany dzięki Chili.tv


wtorek, 18 kwietnia 2017

Dzieciak rządzi [recenzja]

By On 21:04
Staram się nie stronić od bajek i pielęgnować w sobie dziecko, nie dając się wciągnąć w dorosłość. Na dorosłość jeszcze przyjdzie czas.
ON: Dorosłość jest przereklamowana! To znaczy tak słyszałem, bo do tego mi jeszcze daleko!
Stąd od czasu do czasu, gdy do kina wchodzi nowa animacja dość szybko rezerwuje bilety. Zazwyczaj jesteśmy z ~Art jedynymi dorosłymi bez dziecka, w tłumie rozkrzyczanych pięciolatków.
ON: A ja często mam większe wypieki na twarzy przed seansem niż niejeden młody gość sali kinowej 😏
Bardziej nie na miejscu czuć się chyba nie można. Podobnie było z „Dzieciak rządzi” (ang. The Boss Baby/ 2017/ reż. Tom McGrath) choć zupełnie nie rozumiem dlaczego ludzie po skończeniu pełnoletności unikają bajkowych nowości w ramach kinowego wypadu – w tym właśnie tej, humorem porównywalnej, do takich kultowych pozycji jak Shrek, Madagascar czy chociażby Epoka Lodowcowa. Z tą niewielką różnicą, że nie dotyczy tematycznie gadających zwierząt, stworów i przeszłych katastrof, a bardzo nam wszystkim bliskiego tematu rodzicielstwa oraz relacji w obrębie rodzeństwa. Kto ma młodsze rodzeństwo, doskonale wie jakim życiowym armagedonem jest jego pojawienie się na świecie.
ON: Ja na szczęście byłem tym najmłodszym, najcudowniejszym i najsłodszym 😅
Siedmioletni Tim jest jedynakiem. Przeżywa swoje słodkie dzieciństwo otoczony miłością rodziców, którą musi się dzielić dokładnie z nikim. Mama i Tata tylko jemu poświęcają czas, tylko z nim się bawią i tylko jemu śpiewają samodzielnie ułożoną piosenkę. Raj na ziemi! Tim może swobodnie skakać po meblach, bawić się w domku na drzewie, krzyczeć, marzyć i rozwijać już i tak bujną wyobraźnię.
ON: A co ważne, chwile kiedy uruchamia się wyobraźnia Tima są tymi najlepszymi w całym filmie. Genialne historie jakie tworzy jego młoda główka są pełne przygód i humoru!
Na pytanie Czy chciałbyś mieć rodzeństwo? odpowiada zdecydowanie i wprost NIE, bo i po co skoro jest tak cudownie i sielankowo? Pewnego dnia, ni stąd ni zowąd pod dom Tima podjeżdża taksówka, z której wysiada bobas w garniturze z teczką w dłoni. Sprawnie przemierza ogródek i puka do drzwi… Jak się okazuje nie bez powodu – oto przybył on! sir „wszystko mi wolno” lepiej znany jako młodszy brat Tima – Szef Bobas. Tylko czemu, do kroćset ! nikogo nie dziwi, że ów bobas wziął się znikąd?!
ON: Jak to znikąd? W bajce wszystko dokładnie wyjaśniono!
Tim pierwszy raz pozostawiony samemu sobie, bez zrozumienia ze strony rodziców, postanawia rozpocząć śledztwo – kto z kim, po co i dlaczego? Efekty tegoż przedsięwzięcia będą jeszcze bardziej zaskakujące niż mógłby się spodziewać, a rozwój wydarzeń zdecydowanie nie przypadnie Timowi do gustu…
Animacja studia Dreamworks to modny ostatnio typ bajki skierowanej do szerokiego grona odbiorców. Z radością i pełnym zaangażowaniem oglądałam ją zarówno ja sama jak i moi mali, kinowi sąsiedzi. Sprawne połączenie humoru i morału z ciekawą fabułą. Bez niepotrzebnego patosu i sztuczności!
ON: Fabuła dawała radę, choć nie była jakaś wybitna. Urzekły pojedyncze sceny, których co ciekawe było mnóstwo. I widz młody znajdzie dla siebie kilka zabawnych wątków i dorośli będą mieli dużo frajdy, gwarantuję!
Śmiałam się w głos wraz z dzieciakami – choć niekoniecznie z tych samych scen, wiadomo. Jak przystało na animację całość utrzymana na miłym dla oka poziomie zarówno wizualnym jak i fabularnym – nie ma przemocy, są za to pokłady wartości rodzinnych.
ON: Przemocy faktycznie jakoś nie odnotowałem, ale tylko cukierkowo i kolorowo nie było :) Ja pamiętam kilka „schizolskich” motywów, które wyłapią jedynie dorośli.
Radzę przed seansem odpuścić sobie oglądanie rozbudowanych zwiastunów i poddać się biegowi zdarzeń. Jeżeli natomiast chcielibyście się, zwyczajnie nastroić spójrzcie na ten o tutaj → 
w którym nie ma aż tylu psujących wszystko spoilerów.
Żeby nie było, że ostatnio same ochy i achy, ale też i dlatego, że bajka fajną była, acz nie idealną – minusy! Jako kinoman, znajdowałam motywy zaczerpnięte z poprzednich produkcji m.in. motyw „produkcji” dzieciaków z Bocianów oraz fakt nad świadomości, ogólnie uznanych za nieświadomie niemowlaków – wiele, wiele, wieleee filmów. Stąd całość znajoma, pomysł nie jest ani nowatorski ani zaskakujący.
ON: Ale mimo wszystko nie była to kopia. Może i motywy zaczerpnięte ze starszych produkcji, lecz całość opowieści można śmiało określić jako oryginalną.

W ostateczności z kina wyszłam uśmiechnięta, a przecież o to chodziło. Bajka nie powinna być wyczerpująca intelektualnie – powinna rozbawić dorosłych zaciągniętych siłą do kina przez dzieciaki, przekazać w prosty i kolorowy sposób życiowe prawdy i zrelaksować mózg po ciężkim tygodniu. Dzieciak rządzi pod tym kątem się sprawdza, stąd z czystym sumieniem polecam i przesyłam w świat przesłanie, żebyście nie udawali poważniejszych niż jesteście, wyluzowali i obejrzeli sobie tę animacje. Dzieciak na ekranie choć wredny i drażniący, krzywdy nie robi 😏 przynajmniej nie Wam!
średnia ocen 7,5
czyli... dobre kino!
~Emka

sobota, 18 marca 2017

Piękna i Bestia [recenzja]

By On 11:18
„Piękna i bestia” była jedną z moich ulubionych bajek słuchanych przed snem, gdy byłam jeszcze małym brzdącem… Miałam więc wobec jej ekranizacji naprawdę spore oczekiwania. Głównie wynikające z sentymentu, ale nie tylko. W postać Belli czyli tytułowej Pięknej wcieliła się Emma Watson – której nie idzie nie polubić na srebrnym ekranie. Dodałam więc dwa do dwóch i wybraliśmy się do kina. Drodzy Moi „Piękna i bestia” w ekranizacji z 2017 (ang. Beauty and the Beast / reż. Bill Condon) to fantasy, romans i … musical w jednym [ON: Musicalem… dla mnie to była katorga]. Dodajcie do tego sentymentalną podróż w czasy dzieciństwa z Disneyem, delikatny oczopląs, gdyż tyle się dzieje, a film może już tylko zachwycić wielobarwnością, muzyką i takim zwyczajnym prostym pięknem. [ON: Na ekranie cały czas coś się ruszało, migało, skakało, doprowadzając niemal do zawrotów w głowie. To wszystko nie pozwoliło mi na pełnym zainteresowaniu fabułą].

środa, 8 marca 2017

Księga dżungli [recenzja]

By On 19:43

„Oni tam go zniszczą. Zrobią z niego człowieka” - to jedno zdanie z filmu „Księga Dżungli” (ang. The Jungle Book, reż. Jon Favreau) utknęło mi po seansie w pamięci. Może nie każdy to wychwyci, choć „żart” jest prosty, to zdanie jest jednoznaczne – zwierzęta w „Księga Dżungli” mają ludzi za potwory. I to potwory władające magicznym i niebezpiecznie groźnym „czerwonym kwiatem” (ogień). Historia Mowgliego – dziecka wychowanego przez watahę wilków na wilka, opiera się właśnie na tej nienawiści do nas – ludzi. [ON: Nienawiści i strachu]

poniedziałek, 27 lutego 2017

Lego Batman : Film [recenzja]

By On 22:00
Bardzo staram się nie oceniać książek po okładce, ludzi po wyglądzie, a filmów po zwiastunach. Jednak jestem tylko człowiekiem i po zwiastunie "Lego Batman: Film" nie nastawiałem się na nic wielkiego [ONA: zadziwiające, że to właśnie ja chciałam iść na ten film...]. Być może byłem uprzedzony ponieważ nie jestem fanem animacji w stylu Lego ani jako bajki, ani jako gier na konsole. Do tego żarty z traileru jakoś mną nie ruszyły, wydawał się kolejną zwykłą bajką, która będzie jechać na nazwie. Postanowiliśmy jednak w minione pogodne, sobotnie przedpołudnie dać szanse tej animacji na zasadzie "otwórzmy się na coś innego". I była to chyba najlepsza decyzja tego weekendu! [ONA: zdecydowanie lepsza od "Porady na zdrady" rzecz jasna]. 

Lego Batman rozłożył mnie na łopatki jeśli chodzi o poczucie humoru. Niemal cały film siedziałem z uśmiechem na ustach, momentami śmiejąc się na głos [ONA: ok, przyznaję, już sam początek wprawił mnie w zdziwienie, jest niestereotypowy, przez co człowiek jest lekko zbity z tropu, nie wie czy to błąd, żart czy... cholera wie co]. Żarty rzucane nam są już od pierwszej sekundy seansu i towarzyszą aż po napisy końcowe. Autorzy bezkompromisowo żartowali niemal ze wszystkiego - zaczynając od filmów z własnej wytwórni, przez nawiązania do innych superbohaterów jakich przez dziesiątki lat mogliśmy poznać na dużym ekranie, a kończąc na elementach współczesnej popkultury. W moim odczuciu kierowane one były do tego starszego widza, który przyszedł ze swoją pociechą - zapewne fanem lego lub samego Batmana. Żeby zrozumieć wszystkie nawiązania trzeba naprawdę znać się na świecie DC, Marvela i.. wielu innych wymyślonych Uniwersum!!
Urzekła mnie ilość nawiązań do bardziej lub mniej znanych filmów oraz otaczającego nas świata. Żarty były przeróżne, momentami na prawdę wyrafinowane, ciężkie do wyłapania, by po chwili mieć wrażenie, że dostało się sucharem w twarz. Broń Boże nie jest to wada! Poza poczuciem humoru, twórcy dają masę świetnej zabawy jeśli chodzi o samą fabułę. Dzieje się bardzo dużo przez cały film, akcja jest wartka i trzyma się kupy. Batman po raz kolejny musi się zmierzyć ze swoim największym (czy aby na pewno?) wrogiem, a mianowicie Jokerem! Jednak ani Mroczny Rycerz, ani złoczyńca ze złowieszczym uśmiechem nie będą działać sami - oj nie! By dowiedzieć się więcej trzeba to po prostu obejrzeć!
[ONA: fabuła jest oparta na odmiennym postrzeganiu zażyłości pomiędzy Batmanem a Jokerem, ten pierwszy to facet twardy jak składa, dla którego nikt i nic nie jest ważniejsze od świętego spokoju po dobrze wykonanej pracy. Drugiemu lekko odbiło, o czym wie każdy fan DC, a w "Lego Batman: Film" bardziej mu chyba zależy emocjonalnie na Batmanie niż na Harley]
Animacja mimo że w stylu lego była miła dla oka. Co ważne "Lego Batman: Film" jest skierowany głównie do dorosłego lub nastoletniego widza. Wiele scen będzie niezrozumiała dla dzieci i nie mówię tutaj tylko o tych kilkuletnich, ale także mających ok 10-12 lat. Twórcy postanowili kupić dzieciaki ładną kreską, dużą ilości akcji oraz postaciami superbohaterów. Wszystkie dialogi, żarty i mnóstwo alegorii skierowana jest bezpośrednio do starszych.


"Lego Batman: Film" był świetnym wyborem, polecam go z całego serca każdemu, kto lubi się pośmiać. Natomiast jeśli dodatkowo lubisz filmy z superbohaterami w roli głównej na pewno się nie zawiedziesz!   


średnia ocen 8,2
czyli... prawie idealny!

KRYTERIUM OCENY
ONA
ON
FABUŁA
DIALOGI – GRA AKTORSKA
REALIZACJA POMYSŁU
POD KĄTEM GATUNKU
PRZYJEMNOŚĆ Z OGLĄDANIA
PLUSY
+ wartka akcja
+mnogość postaci
+ dialogi na wysokim poziomie zabawności

+ kapitalne żarty
+ nawiązania do innych filmów i superbohaterów
+ dużo dobrej akcji
MINUSY
- dużo dużo dużo wszystkiego... za dużo 
i za szybko momentami
- niby bajka dla dzieci, a nie dla dzieci
- lego
- za mało niektórych drugoplanowych bohaterów

Ukryte Piękno

Ukryte Piękno
recenzja

__

About me

Wszystkie filmy oceniamy w 5 kategoriach:

1- fabuła
2- dialogi/gra aktorska
3- fabuła/ realizacja
4- pod kątem gatunku
5- przyjemność z oglądania

w niezmiennej dziesięciostopniowej skali:

skala

opis

1

Nigdy w życiu!

2

Szkoda tracić czas...

3

W ostateczności

4

Na siłę

5

Można obejrzeć

6

Zaciekawił

7

Dobre kino

8

Prawie idealny

9

Wybitny

10

MAJSTERSZTYK!!


Odwiedziliście nas już

Zblogowani

zBLOGowani.pl