Enter your keyword

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Sama przeciw wszystkim [recenzja] [audiorecenzja]

By On 10:05



Jesteście za czy przeciw powszechnemu dostępowi do broni palnej? Ja jestem przeciwko i gdyby tylko kogokolwiek to interesowało podpisywałabym się rękami i nogami pod każdą podsuniętą mi listą – drukowanymi literami!
ON: To chyba największa ideologiczna kość niezgody między nami kochanie. Jestem zwolennikiem systemu gdzie każdy zdrowy na umyśle (!) człowiek powinien mieć prawo posiadania broni by chronić siebie i swoją rodzinę.
Tym samym z pełnym zaangażowaniem oglądałam film „Sama przeciw wszystkim” (ang. Miss Sloane /2016/ reż John Madden), który o tym dość kontrowersyjnym temacie prawi w obszerny i wyjątkowo chwytliwy sposób. Nie miałam pojęcia na jaki film idę, nie znałam tematyki. Mało brakowało, a przegapilibyśmy perełkę…
ON: Na swój sposób świetny film. Dawno nie widziałem tak dobrej „przegadanej” produkcji.
Film obejrzeliśmy stosunkowo późno po jego polskiej premierze, zapewne dlatego, że zazwyczaj to ja jestem motorem napędowym kinowych wypadów – a w tym przypadku miałam pewne wątpliwości. Zupełnie nieuzasadnione, jak się później okazało.
Elizabeth Sloane (Jessica Chastian) to twarda sztuka – zawodowo i prywatnie, choć granica pomiędzy tymi dwiema sferami w jej życiu właściwie nie istnieje. Uczona od dzieciństwa kłamstw i wywierania wpływu, doszła w nich do perfekcji. Zastanówmy się więc, gdzie w amerykańskim świecie z łatwością odnalazłaby się taka osoba? Odpowiedź jest oczywista jeżeli do powyższych umiejętności dodamy jeszcze chorobliwą ambicję – Elizabeth, a właściwie Madeline Elizabeth jest jedną z najlepszych waszyngtońskim lobbystek. Mogącą swobodnie wybierać w zleceniach, bezwzględnie skuteczna. Ze względu na swoją reputację, zyskaną ciężką pracą, otrzymuje intratną propozycje lobbowania za projektem łatwego dostępu do broni. Nie do końca jasne jest czemu propozycję tę odrzuca i przechodzi do kontrataku. Zabierając połowę swojej przeszkolonej ekipy, ramię w ramię z przeciwnikami posiadania broni nie tylko walczy o głosy senatorów, mataczy, lawiruje i pokazuje tym samym półświatek amerykańskiego lobbingu, ale trafia w końcu przed komisję śledczą.






Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać niż przeczytać

ON: Dodam tylko, że jest to t kobiety której nie sposób polubić! Udająca silną, niezależną, samowystarczalną, lecz pod maską skrywa ludzkie problemy i kompleksy. Do tego arogancka, gardząca innymi i uważająca się za najmądrzejszą. Zimne, wredne babsko w pełnej krasie. Z całym szacunkiem do wszystkich szanownych Pań, czytających tę recenzję 😏
Produkcja z założenia nie jest dla każdego. Pretenduje na miano filmu politycznego i jako taki jest dość skomplikowany zarówno jeżeli chodzi o tempo jak i o dialogi. Czasem ciężko było mi nadążyć za pomysłami głównej bohaterki i odnaleźć się w amerykańskich realiach. Bardzo dużo mamy tu nawiązań do konstytucji USA, a że w USA nie mieszkamy to i nie mamy obowiązku znać tych wszystkich poprawek… Nie mniej jednak, film porusza na tyle istotne zagadnienie, które dotyczy nas wszystkich, że jest dla mnie od dnia seansu całkowitym must watch dla każdego.
ON: Pełna zgoda, film dla myślącego widza, dlatego.. nie dla każdego. Nie dla osób które muszą mieć podane wszystko na tacy. Bez dwóch zdań dla wszystkich, którzy interesują się polityką i mechanizmami jakie tworzą współczesny świat.
Cały lobbing – choć niezwykle sprawnie pokazany, jest tu tak naprawdę jedynie dodatkiem przy zasadniczym pytaniu czy naprawdę każdy powinien mieć dostęp do broni palnej ot tak? Mogłoby się wydawać, że reżyser postawił na odpowiedź negatywną kierując Elizabeth do walki o przeforsowanie ustawy ograniczającej zakup broni. Historia ma jednak drugie dno, które powoli wypływa na równi z pierwszym poprzez historie pobocznych postaci.
ON: Jest to jeden z największych plusów tej produkcji. Być może właśnie dlatego przeszła bez większego echa? Reżyser nie opowiedział się wprost po żadnej ze stron, nie pokazał która droga jest tą właściwą. Każdy człowiek wyniesie z tego filmu inne wnioski. Jest to charakterystyczne jedynie dla wybitnych filmów.
Ostatecznie otrzymujemy film o tym jak nawet najbardziej idealistyczna walka może zamienić się w bezwzględną, pozbawioną sumienia i nastawioną jedynie na osiągnięciu założonego celu. Po trupach! Osobiście przez większą część filmu byłam pod ogromnym wrażeniem posągowej Elizabeth, a właściwie gry aktorskiej Chastian. Perfekcja w każdym calu. Bohaterka niejasna moralnie, niby trochę socjopatyczna, a jednak – choć nie jest to pokazane wprost – z wartościami. Myślę, że to jedna z jej lepszych kreacji.
ON: Nie mogę zgodzić się do końca. Owszem zagrała bardzo ciekawą postać, lecz wyglądała w moich oczach nieco sztucznie. Nie powiem oczywiście, że zagrała źle, jednak nie wybiła się niczym ponad resztę obsady, która swoją drogą zagrała świetnie!

Całość naprawdę godna polecenia, z morałem, zaskakująca fabularnie, dopracowana w stu procentach, nie przekombinowana. Rzadko spotykamy na swojej drodze tak warte polecenia produkcje, które skutecznie dźwigają na swoich ramionach kobiece bohaterki. Brawa dla Chastian!

średnia ocen 8,1
czyli... prawie idealny

niedziela, 18 czerwca 2017

Ponad wszystko [recenzja] [audiorecenzja]

By On 12:37
„Ponad wszystko” (ang. Everything everything/ 2017 / reż. Stella Meghie) to całkiem dobra nazwa, jak na tematykę produkcji. Choć może niekoniecznie w pozytywnym sensie. Ponad wszystko bo ponad nudę na ekranie, grę aktorską i przewidywalność filmu. Ostatecznie ponad braki pomysłów na jego zakończenie. Mimo wszystko sam film mnie urzekł, ponad wszystko co w nim było złe.
ON: Był to film po którym mam dziwne odczucia. Podobał mi się i nie podobał. Nie zaciekawił, ale też nie nudził. Był przewidywalny, ale historia wciągnęła. Sam nie wiem czy więcej w nim było dobrego czy złego kina, lecz ocenić jakoś spróbuję.
Maddy (Amandla Stenberg) od siedemnastu lat jest zamknięta we własnym domu niczym w więzieniu. I choć dom, w którym przyszło jej mieszkać jest wyjątkowo bogato urządzony, oszklony i w pełni dopasowany do potrzeb swojej niewychodzącej mieszkanki, to nadal nie imituje nawet w ułamku procenta tego, co można spotkać za jego progiem.
ON: Ale za to jakże bezpiecznie może się czuć w swojej oazie!

Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać niż przeczytać 😏

O wyjściu na zewnątrz nie może być mowy – Maddy jest chora na SCID, czyli ciężki złożony niedobór odporności w wyniku niedoboru deaminazy adenozynowej. Brzmi niemal tak kosmicznie jak kosmicznie w swoim domku na Marsie czuje się sama nastolatka. Jedyna styczność z innymi ludźmi przychodzi do niej w postaci pielęgniarki i nadopiekuńczej matki. Niewiele jak na nastoletnie zapotrzebowanie… Gdy do domu obok wprowadza się Olly (Nick Robinson) i po raz pierwszy staje w oknie po drugiej stronie hermetycznego okna Maddy, jej świat trzęsie się w posadach.
ON: Oraz jak można się domyślić pojawiają się pierwsze pęknięcia w tym domowym bunkrze przygotowanym przez matkę Maddy.
Film jest ekranizacją głośnej książki Nicola Yoon o tym samym tytule, dość wysoko ocenianej na tematycznych stronach. Stąd doczekawszy się wydania filmowego powinien ten poziom przynajmniej podtrzymać. Główny problem jaki mam z „Ponad wszystko” to fakt, iż ostatnimi czasy niemal, co chwilę raczeni jesteśmy równie ckliwymi opowieściami o śmiertelnie chorych nastolatkach.
ON: Oj tak, mogę się mylić, ale wydaje mi się, że co najmniej raz w roku musi wyjść film o zmagających się z przeciwnościami losu młodych ludziach, którzy odkrywają miłość, lub o nią walczą.
Choć chwytają za serce, choć sprawiają, że człowiek jakby bardziej docenia swoje życie i zaczyna uważać własne problemy za mniej istotne, to również znieczulają na każde kolejne wyciskacze łez. Jeżeli o Ponad wszystko chodzi, to równolegle mamy do czynienia ze współczesnym love story w wydaniu nastolatków. Jest to wszystko urocze, tkliwe i niewinne. Cała wymiana smsowo-mailowa trafiała do mnie jako do kobiety i rozumiem jej założenie, trochę współczuję męskiej stronie widowni, która zdecydowała się pójść z ukochanymi na seans. Poprzeczka romantyzmu postawiona wysoko! Mam tu na myśli głównie upór Olly'ego…
ON: Wypraszam sobie :) mnie ten motyw nie rozczarował, ani nie zmęczył! Moja romantyczna dusza parę razy zklaskała z zachwytu nad pomysłem realcji dwójki zakochanych. Swoją drogą to nigdy nie uchylałem się przed romansidłami czy komediami romantycznymi! Takich facetów jest zresztą mnóstwo, po prostu nie każdy się do tego przyznaje...
Z pozoru nudny film, rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni, reżyser koncepcją przeniósł w głąb umysłu bohaterów, a tu nawet smsy pokazane zostały inaczej i oryginalnej. Nie rozumiałam kilku zabiegów – głównie tych rozgrywających się w skomplikowanym i odciętym od świata umyśle Maddy (kosmonauta?), ale nie przeszkadzało mi to praktycznie wcale, patrząc po ogóle.
ON: Nieczytając książki mogę jedynie się domyślać, że tam ten wątek rozwinięto, a do filmu starali się go wcisnąć nie szukając czasu na wyjaśnienia.
Długo by mówić o przewidywalności i brakach aktorskich, ale nie widzę większego sensu by skupiać się na minusach. Film wart poświęcenia kilkudziesięciu minut swojego czasu, niekoniecznie obowiązkowo już w tym momencie, gdy jeszcze leci na dużym ekranie. Nudny – nikogo nie zamierzam oszukiwać, nic wielkiego i porywającego nie ma w nim miejsca, to nie film akcji z milionem zwrotów, ale wartościowy pod względem emocjonalnym. Na takie filmy mówię – motywatory. To motywator do zmiany postrzegania swojego życia.

średnia ocen 5,9
czyli... zaciekawił

sobota, 10 czerwca 2017

Król Artur: Legenda miecza [recenzja] [audiorecenzja]

By On 21:40
Nie raz wspominałem już, że jestem fanem wszelkich mitów i legend. Fascynują mnie dzieje starych cywilizacji oraz losy bohaterów prawdziwych jak i tych fikcyjnych. Choć jak wiadomo często dla wymyślonych postaci inspiracją są prawdziwi ludzie, żyjący w czasach gdzie osadzone są legendy. Właśnie przykładem takiej osoby jest Król Artur, legendarny władca Brytanii. Jego osobę znamy z "Legend arturiańskich" gdzie przewodzi rycerzom Okrągłego Stołu w świecie pełnym przygód i magii. Historycy do dziś starają się udowodnić czy osoba Króla Artura istniała na prawdę oraz jakie wydarzenia z jego życia mogły wydarzyć się w przeszłości. Istnieje wiele hipotez dzięki którym można założyć, że znany z brytyjskich legend Artur był inspirowany życiorysem jednego z historycznych władców. Legendy o Królu Arturze są szczególnie bliskie memu sercu. Raz, że to jedno z moich pierwszych wspomnień z dzieciństwa i pierwszy zbiór legend z jakim się spotkałem, a dwa... pewnie nieprzypadkowo padło na niego, gdyż dzielę z tym odważnym władcą, to samo wspaniałe imię.
Audiorecenzja dla tych, co wolą nas posłuchać niż czytać 😏

Ona: Wygląda na to, że muszę nadrobić braki w wiedzy na temat Króla Artura, skoro jest on dla Ciebie aż tak istotny. Oczywistym jest, iż kojarzę takie pojęcia jak Okrągły Stół, król Artur czy Merlin ale pobieżnie. Najświeższa produkcja Guya Richtie'go rozbudziła moje zainteresowanie na drugim miejscu tuż po wspaniałym imieniu jej głównego bohatera ;)
Film "Król Artur: Legenda miecza" (ang. King Arthur: Legend of the Sword / 2017 r. / reż. Guy Ritchie) nie może być niczym innym niż ekranizacją historii legendarnego Króla Artura (Charlie Hunnam). W świecie gdzie wspólnie żyją ze sobą ludzie i magowie dochodzi do walk między nimi. Jedni i drudzy zaślepieni rządzą władzy toczą ze sobą potężną wojnę.Wojnę tę kończy ojciec Artura, Uther Pendragon (Eric Bana). Przy pomocy zaczarowanego miecza Excalibura zabija najgroźniejszego z czarowników. Radość Uthera nie trwa długo, ponieważ całą jego i swoją rodzinę zabija opętany pragnieniem władzy nad światem, bezlitosny Vortigern (Jude Law). Z życiem udaje się cudem ujść jedynie młodziutkiemu Arturowi, który z dala od luksusów, dorasta na ulicy zupełnie nieświadomy tego kim jest. Po wielu latach, przypadkowo trafiając pod zamek okrutnego Vortigerna, wyciąga z kamienia miecz – Excalibur, po czym dowiaduje się o swojej przeszłości, oraz sprowadza na siebie przeznaczenie jakim jest zdobycie należytego mu tronu, a także przywrócenie prawa w królestwie.
W ocenie całego filmu trzeba wziąć pod uwagę przede wszystkim to, że cała historia była jedynie luźną wizją "Legend arturiańskich" reżysera. Guy Ritchie nie starał się nawet wiernie otworzyć mitów o Arturze, nie przeszkodziły mu to jednak w stworzeniu filmu fantasy na wysokim poziomie!
Ona: Chciałabym móc się z Tobą zgodzić chociażby przez wzgląd na Twój sentyment do legend, ale mam co do tego filmu wiele ale... Jednym z nim jest właśnie ten świat fantasy, który potraktowany został po macoszemu. Niby mamy tu do czynienia z elementami fantasy ale odgrywają one drugorzędne znaczenie. Szkoda.
Cała historia ciekawiła od pierwszych sekund filmu. Sposób przedstawienia legendy o dawnym władcy Brytanii trafił w mój gust w 100%. Ritchie wykreował fantastyczny klimat opowieści osadzony gdzieś około V w. n. e. Kostiumy oraz tło do wydarzeń były genialne, reżyser wprost przeniósł nas do tamtych czasów! Wszystko było dopracowane w najmniejszych detalach. Do tego oprawa muzyczna stworzyła klimat o jakim mogą marzyć twórcy starający się przenieść swoje filmy do średniowiecza lub czasów jeszcze dawniejszych.
Ona: Pełna zgoda. Oprawa graficzna w tym kostiumy i efekty specjalne oddające w zadowalający sposób klimat i dodające produkcji uroku. Może jedynie Jude Law wyglądał zbyt współcześnie, ale to moje zwykłe czepialstwo. Pod kątem wizualnym nie było się do czego doczepić – film raczej z tych mrocznych i stawiających na mgliste kadry.
Jednak, żeby nie było tak różowo to w samym filmie było parę braków. Momentami można było się pogubić w tym, co się dzieje na ekranie przez charakterystyczną dla Guya Ritchiego pracę kamery i szybkie skoki między kadrami. Sceny walki także były przekombinowane.
Ona: Można rzec typowy film Guya Richtiego, dokładnie to do czego zdążył już swoich widzów przyzwyczaić. Mamy tu delikatną kalkę z Sherlocka Holmesa pod kątem reżyserskim – spowolnione sceny, szybkie przeskoki w rytm muzyki, zbliżenia na istotne elementy by po chwili kamera oddalona została do szerokiego kadru. I tak jak nie przeszkadzało mi to w Sherlocku, tak w Król Artur: Legenda Miecza – bardzo. Przy scenach walki nie sposób zorientować się kto z kim walczy, a co gorsza kto walkę wygrywa. Porozmazywało się i nawet nie chce wiedzieć jak film ogląda się w opcji 3D, ale podejrzewam, że z bólem głowy i oczopląsem.
Zabrakło mi chyba jeszcze odrobiny mistycyzmu przy całej otoczce legendy o Arturze. Podsumowując film oceniam na duży plus. Przed seansem poczytałem, że nie spodobał się krytykom.
Ona: Krytycy to żaden wyznacznik skoro takie filmy jak Song to song są zazwyczaj dobrze przyjmowane, a dla szarego człowieka nie do obejrzenia.
Zastanawiam się czego owi krytycy spodziewają się po takich produkcjach? Dostaliśmy rewelacyjnie dopracowany świat, który pokazał nam jednego z najwspanialszych bohaterów legend.
Ona: Dobre kino rozrywkowe z elementami fantasy i historii. Bardzo dobra – zresztą jak zwykle – gra aktorska Jude'a Law, który odnajduje się we wszystkich złych, filmowych charakterach, które przychodzi mu grać. Reszta obsady niewiele gorzej, stąd warto obejrzeć choć dla nich.

Film nie nudził nawet przez chwilę. Gwarantuję, że doceni go każdy, kto lubi fantasy. Może nie wbił w fotel, ale jest na pewno solidną pozycją, którą warto obejrzeć!

średnia ocen 7,6 
czyli... prawie idealny!

wtorek, 6 czerwca 2017

Gwiazdy [recenzja] [audiorecenzja]

By On 10:54


Na pierwszy rzut oka wszystko powinno pójść jak spłatka. Przynajmniej jeśli chodzi o wyciągnięcie do kina dwóch połówek płci przeciwnej. Według zwiastunów ona miała dostać historię miłosną opartą na rywalizacji dwóch młodych mężczyzn o względy uroczej blondynki. Natomiast on mógł liczyć na sentymentalne wspomnienia o jednym z polskich piłkarzy, którego kariera przypadła na lata największych sukcesów naszej drużyny narodowej.
Ona: A i tak do kina się jakoś nie mogliśmy wybrać. Obstawiałam, że wątek miłosny jest podstępem, aby kobiety beztrosko pomaszerowały do kina z piłkarsko ześwirowanymi ukochanymi. Jakież było moje zdziwienie, że wręcz odwrotnie!
Mężczyźni mogli wyciągnąć swoją kobietę na film o sporcie wmawiając im, że na ekranie będzie romans, a kobiety w łatwy sposób mogły przekonać swoich partnerów na wypad do kina pod płaszczem opowiadania o piłkarzach, lecz same nastawiały się na historię miłosną. Decyzja o wybraniu się na film "Gwiazdy" (reż. Jan Kidawa-Błoński / 2017 r.) to maiła być klasyczna sytuacja Win Win!
Ona: Nie jestem przekonana czy ktokolwiek był tu na wygranej pozycji.


Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać 😏


Jan Banaś (Mateusz Kościukiewicz) urodził się w Berlinie w czasach drugiej wojny światowej. Jego ojcem był żołnierz hitlerowskiej armii oraz... piłkarz reprezentacji Niemiec. To po nim młody Jaś (a właściwie Hans, gdyż z takim imieniem się urodził) odziedziczył miłość do piłki nożnej. Młody chłopiec dorastał na Śląsku ze swoją matką Anną (Magdalena Cielecka) oraz dwójką najlepszych przyjaciół – Ginterem (Sebastian Fabijański) oraz Marleną (Karolina Szymczak), która z czasem została jego przyrodnia siostrą. Życie obu chłopców, a w przyszłości nastolatków i dojrzałych mężczyzn kręciło się zawsze w okół piłki nożnej, oraz właśnie Marleny.
Ona: Marlena na tej sytuacji korzystała jak mogła choć bardziej ciągnęło ją do Jaśka. Taka zakazana miłość smakuje ponoć najlepiej.
Obaj rywalizowali na boiskach ligowych o zwycięstwa w meczach, oraz o względy urodziwej blondynki poza stadionem. Poznajemy burzliwe losy ich przyjaźni, serie złych wyborów, które doprowadzają do ludzkich dramatów, a wszystko z zawiłym światem PRLowskiej piłki nożnej w tle.
Zaczynając od początku trzeba być uczciwym i zaznaczyć, że nie był to film o życiu Jana Banasia.
Ona: O czym dowiedziałam się dzisiaj, gdy mój ON przygotowywał się do napisania tej recenzji. Wcześniej byłam święcie przekonana, że obejrzałam bliską rzeczywistości opowieść o realnej osobie. Słusznym wydawało mi się jej zekranizowanie, gdyż cała historia jest jak rodem z Hollywood – miłość do przyrodniej siostry, intrygi sportowe, ojciec hitlerowiec odnajduje się niespodziewanie za granicą jako agent sportowy i prowadzi syna ku zwycięstwu. Niestety – wszystkie wątki prywatne zawarte w tym filmie, które jako takie – realne, zrobiły na mnie piorunujące wrażenie to zwykła fantazja scenarzysty. Dobra, skomplikowana, ale nadal pozostająca tylko fantazja.
Nazwanie filmu "Gwiazdy" biografią byłoby wprost okłamaniem widza i czytających tę recenzję. W całej produkcji prawdziwych było jedynie kilka wątku, w dodatku stricte piłkarskich. Nie chcę psuć zabawy podczas oglądania, dlatego nie wymienię nieścisłości, aby nie spojlerować. Jednak bez skrupułów napiszę, że niemal wszystkie wątki obyczajowe były fikcją reżysera.
Teraz przechodząc do sedna, czyli wrażeń z filmu jako takiego, przyjmując że bohaterem jest postać fikcyjna to... niestety przyznam, że czułem niedosyt po seansie. Niby było w nim to co musi być. Zawiłe wątki miłosne, intrygi, zdrady. Do tego mocno rozbudowane historie wszystkich bohaterów. Wszystko potrafiło przykuć uwagę, ale nic nie wzbudziło we mnie podziwu.
Ona: Podejrzewam Kochany, że nastawiałeś się na coś zupełnie innego. Liczyłeś na dobrze zrealizowany film sportowy na miarę zagranicznych produkcji. Podejrzewam, że większa ilość scen typowo piłkarskich, gry na boisku i newsów z szatni uratowałaby ten film w Twoich oczach. Tymczasem do czynienia mamy z ... dramatem obyczajowym? To chyba lepsze określenie niż film sportowy, bo fakt faktem, że sportu nie było wiele. Jak dla mnie to dużo lepsza opcja, ale wiadomo – jestem kobietą.
Same wątki piłkarskie także pozostawiały wiele do życzenia. Obejrzałem mnóstwo filmów sportowych (swoją drogą musimy nadrobić braki w tej kategorii na naszym blogu!) i wszystkie, które traktowały o swojej dyscyplinie sportu starały się wprowadzić realistyczny klimat. Tutaj tego zabrakło. Ewidentnie twórcy nie mieli pomysłu na wkomponowanie meczów w ogólną historię, kadry z pojedynków piłkarskich wyglądały sztucznie, jako kibic w ogóle się nie wczułem.
Ona: Jako laikowi w temacie w ogóle mi nie przeszkadzały. Pamiętasz jak Ci powiedziałam po seansie, że myślałam przez cały film, że dobrze się bawisz? No właśnie. Widziałam te wstawki, te stare mecze, te wszystkie stylizowane sceny i myślałam oho! On na pewno dobrze się bawi. Stąd mój wniosek, że na Gwiazdach lepiej odnajdą się ludzie, którzy oglądają piłkę nożną tylko raz od święta lub wcale.
No może poza urywakami nagrań z legendarnym komentatorem Janem Ciszewskim, którego głos słyszeliśmy podczas opowiadania losów naszej kadry i drużyn klubowych w Europie. Czy można zatem powiedzieć, że był to film o piłce nożnej? Jeśli oceniałbym pod tym kątem to napisałbym, że marnym. Ogólny rozrachunek ratują wątki obyczajowe. Niestety tak jak wspomniałem wcześniej, nie były one wybitne, ale podnoszą ocenę całej produkcji do średniej. Nie wynudziłem się na seansie, ale spodziewałem się czegoś lepszego. Średniak, do obejrzenia raz, ale tylko jeśli akurat nie mamy nic lepszego do roboty.

Ona: Nie mogę się zgodzić. Film solidny. Dobrze wpasowany w klimaty PRLu. Gra aktorska na wysokim poziomie jeżeli o polskie kino chodzi. Główny bohater może delikatnie irytujący, ale taki już ma styl grania. Kino z wątkami historycznymi, dobrze osadzone, dobrze zrealizowane. Naprawdę spodziewałam się większej klapy na wielu polach... Może dlatego tak wysoko go teraz oceniam, bo spisałam na straty zawczasu? Nie wiem, ale polecam Wam sprawdzić osobiście.

średnia ocen 5,4
czyli... można obejrzeć

poniedziałek, 29 maja 2017

Zwyczajna dziewczyna [recenzja]

By On 18:49
Pomyślałam sobie co z tego, że brytyjska, komedia to komedia i zabrałam swojego mężczyznę na film „Zwyczajna dziewczyna”. Nie pamiętając kiedy ostatnio byliśmy na czymś luźniejszym (nie amerykańskim gniocie) w kinie, ucieszyłam się na to wyjście. Ba (!) miałam wysokie oczekiwania i już rozcierałam policzki, tak na zaś żeby mi od śmiechu nie weszły zakwasy.
ON: Ach gdyby tylko zapaliła nam się w głowie lampka ostrzegawcza... Choćby z tak błahego powodu - premiera w Polsce ponad pół roku po światowej oraz… niemal całkowita cisza o samym filmie. Do kina szedłem w ciemno, myląc nawet nazwę, gdyż byłem pewien że produkcja nosi tytuł „Zwykła dziewczyna”
Szczególnie, że mam w zwyczaju zapoznawać się wcześniej z internetowymi komentarzami, a w tym przypadku wielokrotnie padały takie sformułowania jak ironiczny humor i lekkie kino rozrywkowe. To dla mnie! Tymczasem od pierwszych minut seansu wiedziałam, że ironiczne to były komentarze i że ironicznie to ktoś mnie okrutnie oszukał wciskając ten film w ciasne ramy gatunkowe komedii. Współodczuwali to chyba wszyscy dookoła oraz grobowa cisza, która rozsiadła się wśród nas – ona jedyna w komforcie wysiedziała do końca. Jesteśmy Kochanie zdani na ciężkie filmy- z własnej i wbrew swojej woli i wiedzy. Zwyczajna dziewczyna jest niewątpliwie filmem ciężkim i to nie tylko humorystycznie, ale także fabularnie.
ON: Jedyne, w co można było wpaść podczas seansu to konsternacja. Miała być komedia, a sądzę że wiele osób zastanawiało się czy nie pomylili sali kinowej. Nazwanie tej brytyjskiej produkcji komedią jest pomyłką tego samego kalibru, co pomylenie odwagi z odważnikiem.
Druga Wojna Światowa, Wielka Brytania. Catrin (Gemma Arterton) to początkująca scenarzystka, która cudem dostaje swoje pierwsze zlecenie w branży filmowej. Choć cud to może nie najlepsze określenie sytuacji, gdy wszyscy mężczyźni zdolni do pracy wcieleni zostali do wojska. Etaty świecą pustkami, a na wpół propagandowe na wpół instruktażowe filmy same się ani nie nakręcą, ani nie napiszą. Catrin przypada rola tej od gadki szmatki czyli kobiecych dialogów. Pisze więc to i owo, tu i ówdzie osiągając jako taki sukces na przekór męskiemu przekonaniu, że bohaterem każdej akcji jest i musi być mężczyzna. Wszystko to w okolicznościach średnio sprzyjających zarówno jeżeli chodzi o sytuację polityczną – wojna, jak i uczuciową – zdrada ukochanego „męża”.
ON: Napisałaś to w sposób jakby film zawierał w sobie jakąś głębszą fabułę?! Myślę, że tym opisem wycisnęłaś z niego więcej niż reżyser na ekranie…
To nie jest komedia, to dramat – i nie mówię tylko o gatunku. Bohaterka bez wyrazu robi swoje i to w nie do końca jasnym celu. Jest mężatką, za chwilę już nią nie jest – przełyka wszystko bezboleśnie i bez najmniejszego zawahania, zastanowienia… Niczego nie wyjaśniono, nie opowiedziano, oderwano tym wątkom tylko głowy i kazano chodzić.
ON: Komediodramat to byłoby nawet określenie na wyrost. Dramat pełną gębą. Jedyną rzeczą jaka była gorsza od obejrzanego filmu, była gra aktorska głównej bohaterki. Nie potrafię pojąć jak w tych czasach, przy takich nakładach finansowych na film, główną rolę może położyć tak drętwa aktorka. Z drugiej strony dopasowała się do poziomu fabuły.
Każda scena ascetycznie odcięta od całości, a gdy już masz nadzieje że chociaż romans rozedrze ten film i Twoje serce – trach! Koniec. Kropka. W tle Bill Nighy jako ekscentryczny, starszy już aktor, który przez pół filmu nie chce zagrać wuja pijaczyny, a przez drugie pół świetnie się w tym zadaniu odnajduje pouczając innych, kiepskich współtowarzyszy. Ratuje niejako choć te sceny, w których bierze udział. Niejako bo gdy wszystko wokół to dno, niewiele zdziałasz.
ON: Bill Nighy zagrał na najwyższym poziomie! Być może dzięki niemu nie chciałem wyjść z seansu przed końcem. Poza nim 3-4 ciekawe postaci występujące w tle opowieści. Między innymi Sam Claflin, Paul Ritter, czy Jake Lacy. Nie były to wybitne role, ale warto odnotować, że co najmniej przyzwoite.

Zwyczajna dziewczyna to jakby film w filmie, rzadka forma przekazu. Może dlatego tak rzadko spotykana bo trudna i nie każdy ma odwagę się za nią zabrać. Niejako kręci się wtedy dwa filmy – jakby jeden to było za mało. W tej produkcji ledwo o jednym może być mowa… Humor? Brakuję tutaj nawet dość wyrafinowanego i ciężkiego do wyłapania brytyjskiego poczucia humoru. Sceny, które śmiesznymi miały być, były żałosnymi, a cała reszta za to bez iskry, bez fabuły i bez znaczenia. Jedna mina głównej bohaterki przez cały film. Wątek bez wątku. Sceny jak krew z nosa… Męczarnia. Do teraz nie wiem jaki ukryty sens miała ta pozycja, ale wiem jedno, że był tak głęboko ukryty, że głębiej to już byłoby na wylot. Przykre zakończenie nadziei na śmiech.

średnia ocen 2,6
czyli... w ostateczności


niedziela, 21 maja 2017

Song to song [recenzja]

By On 13:49
Poszłam na „Song to song” (2017/ reż. Terrence Malick) zupełnie z rozpędu. Nie widziałam zwiastunów, nie czytałam też żadnej recenzji. Do tego stopnia, że jedynym skojarzeniem była twarz Ryana Goslinga z plakatu. Spontan na całego! 
ON: W sumie to nawet trochę przyklaskiwałem temu pomysłowi, ponieważ spotkałem się z wieloma komentarzami na temat tego filmu w internecie. Aż dziw bierze, że taki gniot miał taki rozgłos.

Tak szybko jak weszłam tak miałam ochotę wyjść. Film już od pierwszej sceny zalatywał zupełną amatorszczyzną… Kino alternatywne w pełnej krasie. Chcecie krótko i na temat o Song to song? Postaram się to uczynić retoryką Malicka… Ból głowy. Gniew. Jakże to wszystko niezrozumiałe, nieodparte, depresyjne. Ja, on. Kino. Wszystko to nic. Chaos. Krzywe kadry. Gniew… Rozumiecie? Pseudo psychologiczny gniot. Nie dla NORMALNYCH chcących czerpać z seansu PRZYJEMNOŚĆ ludzi. Odradzam.
ON: Nie można było tego lepiej ująć.

Rooney Mara jako Faye to kobieta lubiąca agresywne związki uczuciowe polegające na wzajemnej brutalności seksualnej. Spotyka się równocześnie z dwoma mężczyznami – BV (Ryan Gosling) i Cook (Michael Fassbender). Tego pierwszego kocha, z drugim sypia. Panowie związani są ze sobą zawodowo. Cook wie o BV, BV o Cooku nie. Faye? Cóż Faye miota się pomiędzy powiedzieć, nie powiedzieć, a może strzelić widzowi od razu w łeb…
ON: Takie rozwiązanie byłoby wyzwoleniem dla widza.
To będzie jedna z najkrótszych, a zarazem najbardziej negatywnych recenzji jak do tej pory. Niewiele mam bowiem do powiedzenia. Treść bez treści ujęta w chaotyczne sceny, powyrywane i rozszarpane. Krótkie epizody polegające na spojrzeniach i długich, myślowych wywodach składających się z frazesów, że aż chce Ci się śmiać. Przez łzy. Stylistyka filmowa, że aż ręce opadają. Założenie kręcenia niby dokumentu o życiu artystycznym połączona ze stałym ucinaniem głów kadrem, to coś co ani nie jest apetyczne filmowo ani wizualnie.
ON: Nie mam pojęcia, o co chodziło w tym filmie. Odniosłem wrażenie, że skierowany jest do pewnej wąskiej grupy odbiorców. Do tych zadufanych w sobie, gardzących zwykłymi ludźmi krytyków artystycznych, którzy w swojej nieomylności potrafią dostrzec sztukę nawet w - z całym szacunkiem - „gównie”. Sęk w tym, że w tym filmie banał gonił banał, a teksty były żywcem wyjęte ze złotych myśli lub pamiętniczka nastolatki.
Z seansu, zakończonego przed czasem wyniosłam jedynie zmęczenie. Film ewidentnie dla wąskiego grona odbiorców, którzy lubią się wymęczyć dla idei obejrzenia czegoś pseudo inteligentnego i takich, co widzą trzecie dno w scenach, w których nie ma nawet pierwszego znaczenia.
ON: Muszę jeszcze napisać coś co mnie drażni. Film całkowicie o niczym jest przez wielu znawców i krytyków oceniany wyżej niż filmy, które może nie były wybitne, ale na pewno fabułą i montażem biły „Song to song” na głowę np. Dzień Niepodległości: Odrodzenie Nie wiem z czego to się bierze...

Gosling – drewno, Mara – irytująca. Fassbender pokazał w końcu (!!), że nie jest manekinem i potrafi się na ekranie wyluzować i zagrać to i owo. Szkoda tylko, że wzniósł się artystycznie w filmie o niczym. O niczym.

średnia ocen 1,9
czyli... szkoda tracić czas!


czwartek, 13 kwietnia 2017

Ukryte piękno [recenzja]

By On 18:20
W życiu liczą się tylko ludzie. Z taką myślą zakończyłam seans. Trochę jak mantrę powtarzałam to w myślach od momentu, gdy zostało wypowiedziane aż do ostatniej sceny. Kilka słów, a szarpnęły za strunę, gdzieś we mnie – gdzieś pomiędzy całą fabułą, wzruszeniem i smutkiem bijącym z ekranu. Czy faktycznie w życiu liczą się tylko ludzie? Jesteśmy w stanie pokonać wszelkie niedogodności, problemy i krzywdy mając u boku… ludzi? Tyle samo w tym prawdy, co kłamstwa, a jednak nadal nad tym myślę.
ON: Owszem jest to bardzo ważne! Jednak nie sztuką jest otaczać się ludźmi, lecz dobór odpowiednich osób do swego najbliższego otoczenia.
„Ukryte piękno” (ang. Collateral Beauty/ 2016/ reż. David Frankel) to typowy dramat. Howard (Will Smith) to wybitny człowiek, profesjonalista i ekspert w swojej dziedzinie. Odnosząc sukcesy prowadzi własną firmę, motywuje do życia i działania swoich pracowników. Jest kimś. Kocha ludzi, żonę, dziecko… Świat wydaję się nie mieć dla niego granic. O takich jak on mówi się – człowiek sukcesu. Niestety przewrotny los wywraca do góry nogami poukładane życie Howarda, sprowadzając go na ziemię. Brutalnie i bezwzględnie. Howard traci sześcioletnią córkę Olivię, tracąc jednocześnie grunt pod nogami, sens życia i równowagę psychiczną… Ostatecznie po trzech latach nie jest już tym samym kimś co wcześniej. Nie oczekuje pomocy, a zaoferowaną od przyjaciół odtrąca doprowadzając do ruiny całe swoje życie. Nie potrafiąc zwerbalizować bólu, zaczyna pisać listy do bytów – Miłości, Czasu i Śmierci. Zdesperowani najbliżsi, trochę dla niego, a bardziej dla siebie postanawiają skonfrontować Howarda, twarzą w twarz z adresatami jego obraźliwych przesłań.
ON: Wbrew pierwszemu wrażeniu po przeczytaniu opisów, lub obejrzeniu zwiastuna, film okazał się taki... prawdziwy! Pokazuje przede wszystkim dramat jaki może przytrafić się każdemu. Nieoczekiwana strata najukochańszej osoby na świecie zmienia życie głównego bohatera, wpływa na jego relacje z rodziną, przyjaciółmi. Całkowite załamanie może w rezultacie pchać do najdziwniejszych, abstrakcyjnych decyzji – np. chęcią rozmów z bytami. Po obejrzeniu filmu takie zachowanie wydawać by się mogło wręcz naturalnym.
Z przykrością muszę przyznać, że początkowo nie połapałam się w fabule. Na potrzeby recenzji obejrzałam film dwukrotnie i dopiero za drugim podejściem docierały do mnie niuanse dialogowe oraz pojęłam zamysł reżysera. Śmiało mogę więc polecić tę pozycje na nie jeden filmowy wieczór we dwoje, gdyż za każdym kolejnym razem można w nim odkryć coś innego. Rozbudowana fabuła to nie jedyny pozytyw „Ukrytego piękna”.
ON: Bardzo rozbudowana. Oczywiście jako główna historia pokazana jest ta Howarda, lecz w tle oglądamy jak pozostali bohaterami muszą zmierzyć ze swoimi osobistymi problemami, jednocześnie twardo stąpając po ziemi. Wszystko wymieszane ze sobą daje przygnębiający obraz skłaniający do refleksji.
Na ekranie spotkamy plejadę hollywoodzkich gwiazd – Helen Miren, Will Smith, Edward Norton, Kate Winslet i Keira Knightley to tylko niektóre ze znanych nazwisk. Poziom gry aktorskiej idzie samoistnie w górę. Niestety – sam Will Smith, czyli niejako fundament produkcji, stawia po raz kolejny na przerysowaną ekspresyjność. Ból bólem – rozumiem, ale po co kolejny film z cyklu „Wstrząs”? Niektóre wypowiadane przez zaciśnięte gardło kwestie w połączeniu z grymasem, są – bez urazy – jak na aktora tej miary, słabe.
ON: Nie zgadzam się do końca, Will Smith zagrał dobrze swoją postać. Czy irytował? Według mnie takie mogło być zamierzenie. W obliczu śmierci córki stał się dla wszystkich odpychającym, niedającym się lubić dupkiem. Taki był dla swych filmowych przyjaciół więc może ta negatywna energia przechodziła na oglądających. Dla mnie z fatalnej strony zaprezentowała się Keira Knightley! Jej miny i ekspresja były nie do zniesienia przez wszystkie sceny, w których ją widzieliśmy!
Natomiast aktorzy drugoplanowi posiadając swoje oddzielne historie niejako łączące się ścieżkami z głównym nurtem filmu – dodają smaczku, skupiają uwagę i powodują, że czas ucieka niepostrzeżenie. Ostatecznie wszystko łączy się w jedną, spójną i logiczną całość choć – i tu naprawdę dziękuję twórcom za wiarę w myślącego człowieka – z niewielkim znakiem zapytania i zawahaniem. Niby wiemy już wszystko, ale nikt nie podaje tego na tacy.
Oglądając „Ukryte piękno” pojawia się naturalne skojarzenie z „Opowieścią wigilijną” Karola Dickensa. Przypomnieć? Howard niczym Skąpiec Scrooge zamiast otaczać się ludźmi i rodziną zupełnie się od nich odcina. W związku z czym Scrooga podczas Wigilii świąt Bożego Narodzenia odwiedzają trzy duchy, Howarda natomiast musi stawić czoła swoim „duchom”, wcześniej wspomnianym Miłości, Czasowi i Śmierci.
ON: Może i się kojarzy, ale na pewno nie od razu wszystkim 😏 Mnie dopiero teraz – kiedy czytam ten tekst - i nie sposób się nie zgodzić 😊
Jak sobie z tym radzi to już daleko idąca w spoilery historia. Sprawdźcie sami na Chili.tv! I dajcie znać w komentarzach.

Bardziej dla kobiet niż mężczyzn, głównie dlatego, że film to sentymentalny wyciskacz łez. Brak w nim wartkiej akcji, scenariusz opiera się na trudnych relacjach ludzkich, bólu i odnajdywaniu siebie. Nie polecam oglądać tego z osobami skłonnymi do depresji ani dziećmi, które szybko stracą zainteresowanie.
N: Film oczywiście pełen smutku, wewnętrznego bólu, ale jednocześnie dający nadzieję! W tym z kilkoma momentami w których usta same się uśmiechały.
Jednocześnie dla mnie ten film w dziwny sposób jest motywatorem – pokazuje, że nawet ze ślepej uliczki można odlecieć, gdy ktoś przychylny poda Ci skrzydła.
ON: „nawet ze ślepej uliczki można odlecieć, gdy ktoś przychylny poda Ci skrzydła „ Cytat do powieszenia nad łóżkiem!! :)
~emka 

średnia ocen 7,0
czyli... dobre kino

Ukryte Piękno

Ukryte Piękno
recenzja

__

About me

Wszystkie filmy oceniamy w 5 kategoriach:

1- fabuła
2- dialogi/gra aktorska
3- fabuła/ realizacja
4- pod kątem gatunku
5- przyjemność z oglądania

w niezmiennej dziesięciostopniowej skali:

skala

opis

1

Nigdy w życiu!

2

Szkoda tracić czas...

3

W ostateczności

4

Na siłę

5

Można obejrzeć

6

Zaciekawił

7

Dobre kino

8

Prawie idealny

9

Wybitny

10

MAJSTERSZTYK!!


Odwiedziliście nas już

Zblogowani

zBLOGowani.pl