Enter your keyword

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film na wieczór we dwoje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film na wieczór we dwoje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 lipca 2017

Baby Driver [recenzja] [audiorecenzja]

By On 15:04
Z filmami, takimi jak ten, mam zawsze ogromny problem. Zaczyna on się jeszcze przed dniem pojawienia się tytułu na wielkim ekranie. Jest to produkcja, o której było głośniej na tygodnie przed dniem premiery, niż tuż po niej. Wynika to, w głównej mierze z zachwytów krytyków, którzy mieli możliwość obejrzeć przed premierę. Hype był przeogromny. Patrząc zupełnie z boku można by odnieść wrażenie, że obsada wypchana jest gwiazdami, albo że jest to kontynuacja jakiegoś hitu, bądź ekranizacja bestsellera czy uwielbianego komiksu. W przypadku „Baby Driver” ( 2017 r. / reż. Edgar Wright) ani jedna rzecz z tej krótkiej listy nie występuje. Oczywiście gwiazdy są (Kevin Spacey, Jamie Foxx), ale nie jest to oszałamiająca ilość w porównaniu do większości hollywoodzkich filmów. O co więc chodzi? Postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze czy faktycznie dostaniemy film ponadczasowy, po którym będę zbierał szczękę z podłogi, czy raczej jest to PRowy majstersztyk wyciągający do kina nieświadomych ludzi.

Audiorecenzja, dla tych którzy wolą posłuchać!

Ona: Poszłam na to, bo chciałeś od momentu obejrzenia pierwszego zwiastunu. Taki mamy układ – poszerzamy horyzonty filmowe itp. itd. Ale szczerze? Szczerze to nie byłam przekonana ani na moment, że będzie to wiekopomne, ponadczasowe dzieło.
Tytułowy Baby (Ansel Elgort) to specyficzny młodzieniec. Z pozoru jest nieróżniącym się niczym od innych chłopaków, zamkniętym w sobie introwertykiem, opiekującym się schorowanym, przybranym ojcem Joe.
Ona: Wręcz odwrotnie! Od pierwszych scen Baby (B-A-B-Y) to chodzący ewenement i niczym zjawisko w słuchawkach przetacza się przez ulice.
Jednak kiedy zaczyna dzwonić telefon, Baby musi stawić się u Doctora (Kevin Spacey) i wykonać kurs samochodem. Nie chodzi o byle jaki kurs, ponieważ Baby nie ma sobie równych za kierownicą, prowadzenie najszybszych sportowych aut przychodzi mu z łatwością jak przeciętnemu człowiekowi zaparzenie herbaty. Niby można sobie zrobić krzywdę, ale pewna ręka i koncentracja nie pozwoli na choćby oparzenie/zadrapanie – w zależności czy parzymy wspomnianą herbatę, czy gnamy po zatłoczonych ulicach amerykańskiego miasta.
W kolejnych misjach od Doctora poznaje nowych oprychów, którym pomaga ulotnić się z łupami. Spokojnemu chłopakowi nie odpowiada do końca kryminalny światek, zwłaszcza że poznał dziewczynę swoich marzeń – uroczą Deborę (Lily James). Poza szybką jazdą i Debby nasz bohater ma jeszcze jedną, być może najważniejszą miłość – muzykę, która towarzyszy mu od dziecka niemal w każdej chwili życia.
Obejrzałem film i zgłupiałem jeszcze bardziej. Czy był to film zły? Co to to nie! Czy mnie zachwycił? Niestety, nie będę o nim rozmyślał przez najbliższych kilka dni. Jakie mam zatem odczucia? Wyszedłem ze świadomością, że obejrzałem jeden z najlepszych filmów akcji tego roku. Jednak to za mało, abym rozpływał się nad całością jedynie w superlatywach.
Ona: Widząc na jednym z portali społecznościowych, że znajoma wybiera się na „Baby Driver” od razu podesłałam jej kwintesencje, w moim odczuciu, tejże produkcji pisząc „można dostać bólu głowy od tych wszystkich stłuczek i pościgów”. W rzeczywistości właśnie tak jest. Kino akcji w pełnej krasie, przy czym opiewa zdecydowanie w zbyt dużą ilość pojechanych scen.
Zacznę może od zalet – ścieżka dźwiękowa zwalała z nóg! Nie jestem w stanie tego zbadać, ale miałem odczucie, że muzyka rozbrzmiewa przez jakieś 90% filmu!
Ona: Albo 98%… Milknie, co najwyżej wtedy, gdy przemawia Spacey (swoją drogą czy tylko mi nasuwa się w tym przypadku skojarzenie jego postaci z tą z filmu „21”? profesorek wykorzystuje na kasę innych, samemu nie biorąc udziału w akcji, będąc tylko zapleczem pomysłowym? Cóż, była to swoista kontynuacja postaci z „21”, które to musimy sobie przypomnieć). Muzyki był przesyt i nawet gdy fizycznie nie leciała właśnie z głośników kinowych to echem odbijała się w myślach. Kawał dobrej muzyki. Nic do zarzucenia. Nawet łącząc ją z podrygami na ekranie w wykonaniu Baby.
I to nie byle jaka muzyka, ponieważ długimi momentami gibałem się na kinowym fotelu w rytm dźwięków. Bez wątpienia dzięki muzyce film wyróżnia się na tle innych. Za co jeszcze pochwalę? Ciekawa postać Baby. Pędzimy przez cały film po autostradzie jego uczuć i emocji.
Ona: Uciekając wraz z nim, nie tylko z napadów. W końcu na motywie ucieczki, czasem zupełnie bezmyślnej i irracjonalnej, bazuje cała fabuła.
Skręcamy raz po raz poznając jego marzenia i powody decyzji jakimi się kieruje. Inni bohaterowie też nie byli czarno-biali. Reżyser starał się pokazać w każdym drugą, często lepszą stronę. Wszystkie postaci były złożone, a taki zabieg w filmach bardzo lubię. Kończąc zalety nie mogę pominąć akcji i jej tempa! Rozumiem zamysł, akcja była taka jak jazda głównego bohatera – pędziła z zawrotną prędkością. I tutaj plusy łączą się z minusami, no bo nie było szans, żeby się nudzić choć przez sekundę, ale z drugiej strony mogło się zakręcić w głowie. Nie chcę wyjść na marudę, lecz momentami chciałem wcisnąć pauzę i zrobić przerwę. Z jednej strony kawał świetnej rozrywki, a z drugiej… zmęczenie. Byłem zmęczony tymi ciągłymi pościgami, stłuczkami i wieczną ucieczką. Choć podkreślam, że realizacja bardzo dobra, jednak co za dużo to nie zdrowo. Nawet w filmach akcji.
Ona: Minusy tak? Rozczarował mnie Spacey, którego uwielbiam. Po prawdzie trochę to nie jego wina, że pasując idealnie do konkretnego typu charakteru zwykle grywa „tych złych”. Jednakże sposób tej gry to już jak najbardziej jego zadanie, a w przypadku „Baby Driver” gra aktorska Spaceya była kalką wielu jego poprzednich ról. Nie bez powodu produkcja przypomniała mi „21”, ale również serial „House of Cards” - wszędzie podobna mimika (chciałoby się rzec „mimika twarzy” ale po seansie Volta, zatrzymam się na mimice…), gesty, charakter, postawa, nawet teksty!
Szybka jazda z dobrą muzyką będzie odpowiadać każdemu, jednak czuję się trochę oszukany, gdyż sądziłem, że dostanę hit, który zapamiętam na długo, a to był tylko (lub aż) film wart poświęconego czasu.

Ona: Dziwne, Mój Drogi, że nie wspomniałeś o Jamie Foxx. Dodam tylko swoje trzy słowa na koniec – socjopata w najlepszym wydaniu, strach się go bać nawet przez ekran. Niezwykle ograna postać, zupełny wariat. I like that! Przyćmił innych, w tym głównych bohaterów, którzy byli niestety lekko krzywi i powiało amatorszczyzną. Film zdecydowanie nie trafił na półkę moich ulubionych i z trudem będzie mnie przekonać, bym poświęciła swój czas na niego ponownie. Miał zadatki na COŚ, a skończyło się na jednorazówce. Obejrzeć i biorąc tabletkę na ból głowy po, zapomnieć o nim.

średnia ocen 6,9
czyli... dobre kino!

sobota, 8 lipca 2017

Volta [recenzja] [audiorecenzja]

By On 15:21


Wspominaliśmy kiedyś, że jeśli polska produkcja to w ostatnich latach dostajemy albo mocne dramaty, albo płytkie komedie romantyczne.
Ona: Powoli to nasze przeświadczenie, poparte oczywiście latami totalnych gniotów, odchodzi w zapomnienie. Takie filmy jak "Jestem zabójcą" czy "Amok" czy właśnie "Volta" przywracają mi wiarę w umiejętności reżyserskie polaków. Odpukać! Nie chciałabym zapeszać...
Film Volta (2017 r. / reż. Juliusz Machulski) na pierwszy rzut oka jest próbą zmiksowania obu gatunków. 
Reżyser sprytnie postanowił pozbawić stronę kryminalną mroku, a wątki komediowo-romantyczne nie należą do tych przewidywalnych i prostych. Bez wątpienia nawiązując do tematyki filmu, Juliusz Machulski mógł przez lata czuć się królem komedii na rodzimym podwórku. Praktycznie, co film to sukces. Jest twórcą hitów, które bawią przez lata i dostarczają rozrywkę podczas każdego, kolejnego seansu. Przyszedł jednak rok 2004, Machulski wypuścił uznawany przez wielu ekspertów za jego najlepszy film – Vinci. I faktycznie była to wyśmienita komedia kryminalna, po której mistrz postanowił sam się zdetronizować. Przez ponad 10 (!) lat jego filmy nie zbliżyły się nawet do poziomu do jakiego nas przyzwyczaił.

Audiorecenzja, dla tych którzy wolą nas posłuchać!
Ona: Przytaczając przykładowo pseudo horror "Kołysanka"! Porównajcie sobie taki "Ile waży koń trojański?" z kultowymi już pozycjami "Vabank" "Killer" czy "Pieniądze to nie wszystko". Ok! Przyjmuję... Wypalił się na chwilę, potknął, ale wraca na dobre tory. Może jeszcze nie te najwłaściwsze, ale zmierza tam!
Trzeba przyznać, że znajomość Wiki (Olga Bołądź), Agi (Aleksandra Domańska) i jej ochroniarza Jeremiego (Michał Żurawski) zawiązała się w niecodziennych okolicznościach. Ochroniarz, a zarazem kierowca potrąca młodą Wiki pod aresztem. Aga przerażona całym wydarzeniem postanawia odwdzięczyć się nieznajomej proponując jej podwózkę, "gdzie tylko zechce". Poobijana dziewczyna zgadza się na odwiezienie do domu, a właściwie urokliwej kamienicy na rynku w Lublinie. Kamienicy którą odziedziczyła po pradziadku oraz która skrywa wiele sekretów, a także prawdziwych skarbów... O tych ostatnich Jeremi informuje swojego szefa, a zarazem partnera Agi – Brunona Voltę (Andrzej Zieliński). Bruno to obrzydliwie bogaty, ponadprzeciętnie inteligenty, patrzący z góry na społeczeństwo spindoctor. Przygotowuje do wyborów prezydenckich kandydata uwielbianego przez prostych ludzi, lecz niegrzeszącego rozumem – Kazimierza Dolnego (Jacek Braciak). Kiedy orientuje się w możliwości zarobku postanawia za wszelką cenę przejąć skarb od podejrzanej Wiki, jednocześnie pilnując by sprawy kampanii wyborczej szły dobrym torem.
Najnowszy film Juliusza Machulskiego bez dwóch zdań jest próbą powrotu do korzeni. Miała to być komedia kryminalna z wartką akcją i nieprzewidywalnymi zwrotami wydarzeń i można powiedzieć, że zadanie wykonała. Jedno jest pewne seans oglądało się dobrze, momentami zaskakiwał świetnym poczuciem humoru oraz historią, która w sprawny sposób chciała wymanewrować widza jak najdalej od prawdziwych intencji bohaterów.
Ona: Początek mnie nie przejął. Poza wątkiem pobocznym kampanii prezydenckiej, który zasługiwałby nawet na swój własny odrębny film. Nie wiem tylko czy społeczeństwo jest przygotowane na taki kąsliwy żart z mechanizmów i manipulacji tłumem. Oczywiście ten motyw jest do granic przerysowany, a takie teksty jak "Kazimierz Dolny piąty trzonowy" przejdą do slangu na pewien czas. Osobiście znam osoby, które będą to powtarzały za każdym razem, gdy je spotkam przez najbliższych kilka lat! :) Nie rozumiem skrajnie niski ocen Volty, ale wynikają najwyraźniej z uprzedzeń. Czytając komentarze mam wrażenie, że Ci najbardziej pyskaci krytycy obejrzeli co najwyżej zwiastun...
Zabrakło mi w filmie odrobiny więcej, wspomnianej wcześniej akcji. Były długie momenty przestoju, które czasami ratowały sytuacyjne żarty. Cała fabuła była na prawdę ciekawie wymyślona. Pełno było zagadek, niedomówień oraz co najważniejsze – starannie utkanej intrygi!
Ona: Film wita nas sloganem "oparty na faktach" stąd motywy historyczne, których w Volcie sporo były jak dla mnie przekonujące i fascynujące. Planowałam doczytać tego, czego nie dopowiedziano, no ale...
Chyba tylko największy smutas stwierdzi, że film go wynudził. Machulski postanowił w subtelny sposób wyśmiać otaczającą nas rzeczywistość, wrzucając do dialogów aluzje odnośnie życia politycznego czy wad przeciętnych obywateli. Na osobne zdanie zasługują aktorzy tacy jak Zieliński, Żurawski i Braciak, którzy zadbali by wątki humorystyczne bawiły tak jak powinny, tworząc świetny klimat.
Ona: Zieliński jak dla mnie kapitalny. Braciak też! Do teraz nie wiem czemu nie zrobili większych karier. Nie wspominając o Michale Żurawskim, który wpasował się idealnie w rolę "Dychy".
Grzechem byłoby nie podkreślić, krótkiej, acz kapitalnej roli Cezarego Pazury. Komedia kryminalna nie jest najłatwiejszym gatunkiem do wyreżyserowania. Wbrew pozorom poza kilkoma genialnymi produktami dostajemy zazwyczaj głupkowate, nic nie wnoszące produkcje, dlatego zachęcam – doceńmy to co dostaliśmy.
Ona: Powtórzę raz jeszcze – liczę, że był to powrót na dobre tory polskiej komedii. Nie wyszłam z kina zażenowana, uśmiałam się, wkręciłam w historię. Brakowało oczywiście rozmachu typowego dla kina popularnego – zagranicznego, ale ok! Doceniam to, co dostałam.

Było dużo sensacji, intryg, humoru. Warto obejrzeć.

średnia ocen 6,6
czyli... dobre kino!

niedziela, 2 lipca 2017

W starym dobrym stylu [recenzja]

By On 12:07
Rzadko się zdarza, aby amerykańska komedia przedstawiała sobą wyższy poziom. Nie tylko kultury, ale także humoru. Obecnym kanonem komedii jest zwykła żenada, a żarty z kategorii śmiesznych to żarty o wymiotach, narkotykach i upadku cywilizacji. Armagedon! Trudno się dziwić, dostajemy wszyscy to, na co jest akurat zapotrzebowanie, co bawi masowo. Istna, kinowa odmiana demokracji... W erze telefonów komórkowych, testów pod klucz odpowiedzi i internetowych memów, ludzie wyłączają myślenie i bawi ich tandeta!
ON: Niestety ludzie sami pozwalają się ogłupiać i determinują to jakimi produkcjami są masowo zarzucani. Nie twierdzę, że lubię jedynie filmy „ą-ę”, wprost przeciwnie, często lubię wyluzować się i wyłączyć myślenie na czymś bez głębszego sensu czy przekazu. Po prostu trzeba znać umiar, a niestety tych komedii bezwartościowych jest ostatnio w kinach mnóstwo, a sale na seansach pękają w szwach.
Moja dusza kinomana cierpi nieustannie, od komedyjki po komedyjkę i automatycznie wzbrania się przed każdym kolejnym seansem. Do wczoraj. „W starym dobrym stylu” (ang. Going in Style / 2017 / Zach Braff) to nie tylko obsada w starym stylu, ale również pomysł, humor i coś na czym nie zapłonęłam na twarzy z zażenowania. W końcu można się było roześmiać!

ON: Otóż to, uśmiech niemal nie schodził z ust!
Joe (Michael Caine), Willie (Morgan Freeman) i Albert (Alan Arkin) to emeryci którzy czekają tylko na swoje emerytury. Prócz Alberta, Albert czeka na śmierć, która jakoś nie chce przyjść. Trzymają się razem by nie zwariować, grywają w bule, chodzą na spotkania kółek seniorów i oglądają odmóżdżające reality show. Gdy wraz ze zmianami w zakładzie pracy emerytura niczym śmierć nie chce nadejść przez kilka miesięcy, do głów starszych panów nadchodzi dziwny plan inspirowany ostatnimi bankowymi przeżyciami Joe. Mają przecież ledwie kilka lat przed sobą, bagaż doświadczenia, nic do stracenia i szansę by raz – odzyskać pieniądze, dwa – zemścić się na banku, który zarządza długami byłej firmy. Rozpoczyna się knucie planu idealnego – napad na bank jest nieunikniony.
ON: Wszyscy znamy takich dziadków.. Upartych do granic możliwości, mądrzejszych od całego świata i niepotrzebujących niczyjej pomocy bo jedynie oni sami zrobią coś najlepiej. Tacy są właśnie nasi trzej bohaterowie. Łączy ich jednak coś jeszcze - serdeczność, którą kupują sympatie widza do ostatnich chwil filmu!
Dawno już nie było mi dane obejrzeć tak ciepłej, lekkiej i zabawnej komedii. Może musielibyśmy cofnąć się aż do 1979 roku, gdy wyprodukowany został pierwowzór „W starym dobrym stylu” (żart!). Tymczasem obsada wersji z 2017 roku, której nie trzeba nikomu przedstawiać, ograła swoje rolę w stu procentach, tu i ówdzie przerysowując ograniczenia swoich nie najmłodszych już ciał. Freeman, Cain i Arkin to panowie po osiemdziesiątce! Klasa sama w sobie plus czarujący brytyjski akcent Michaela Caina. Nie spodziewałam się po tym filmie tandety głównie przez nich i nie rozczarowałam się.
ON: Film jakie chce się oglądać! Czerpałem przyjemność z oglądania przygód starszych panów przez cały seans. Mimo że nie trzymał w napięciu to zaciekawił i nie nudził. Przyniósł mnóstwo rozrywki na najwyższym poziomie!
Pomysł jak pomysł – trochę seria Oceans, oklepany i z góry skazany na choć połowiczny sukces. Wykonanie? Podstawa dobrego odbioru całości produkcji. Prócz oczywistego wysokiego poziomu aktorstwa, humor! Nie śmiejemy się tutaj z wymiotów tylko z autoironicznego podejścia do starzenia. Omijają nas gagi z narkotykami – choć motyw się pojawia – w zamian za całkiem przyzwoitą dawkę humorystycznych dialogów. Bez brutalności, wulgaryzmów i pornoerotyki. Da się? No pewnie, że się da! Tylko trzeba chcieć.

ON: Oglądając miało się wrażenie, że stworzenie takiej produkcji to nic trudnego. Przyjemny scenariusz, świetni aktorzy, bezbłędnie rozpisane role, do teraz zachodzę w głowie czemu tego typu filmy wychodzą tak rzadko?

Reżyser postawił na stary dobry styl kojąc moje zszargane nerwy. Sala zaśmiewała się zdecydowanie bardziej niż na ostatnim seansie Ostrej Nocy. Nic tylko iść do kina, bez obaw. Przesłanie filmu jest proste – nawet po 80stce nie warto czekać już tylko na śmierć. Życie mamy jedno jedyne i nic do stracenia więc warto szukać i dbać o miłość i przyjaźń. Zarówno gdy masz dwadzieścia, trzydzieści czy osiemdziesiąt lat. Film dla wszystkich. 


średnia ocen 8,0
czyli ... prawie idealny!

środa, 28 czerwca 2017

Tożsamość zdrajcy [recenzja]

By On 20:19
Na fali dzisiejszych wydarzeń mających związek z cyberterroryzmem, które sparaliżowały większość działań firmy, w której pracuję – skojarzył mi się film, którego recenzji się jeszcze nie podjęliśmy. Dowodzi to tylko, że terroryzm jako taki w dowolnej postaci, czy to tej sieciowej czy stricte bombowej, dotyka nas na każdym kroku, w przeróżnych mniej lub bardziej groźnych odmianach.
ON: I nie dajmy się zwieść, że problemu nie ma. Otóż jest i to bardzo poważny.
Film „Tożsamość zdrajcy” (ang. Unlocked /2017 / reż. Michael Apted) pokazuje cały ten chaos i terrorystyczną jatkę od drugiej strony, a mianowicie agencji powołanych specjalnie do walki z rozprzestrzeniającym się na coraz większą skalę niebezpieczeństwem.
Alice Racine (Noomi Rapace) mając za sobą całkiem odbiegającą od przeciętności przeszłość oraz całą masę problemów emocjonalnych, pracuje jako urzędniczka w ośrodku pomocy dla imigrantów. Trochę pod przykrywką, trochę na poważnie zajmuje się swoimi podopiecznymi, a jako oddelegowana była agentka CIA utrzymuje z nimi bliskie stosunki, nawiązując tym samym swoistą sieć kontaktów. Niespodziewanie zostaje w trybie pilnym przywrócona do służby jako ta od zadań specjalnych. Gdy przesłuchanie przechwyconego posłańca islamskich radykałów okazuje się śmiertelną pułapką, spokojne życie Alice staje na ostrzu noża. Wraz z nią, z rąk dżihadystów śmierć mają ponieść niewinni ludzie.
ON: Oj czy takie spokojne to nie wiem… Obraca się w świecie gdzie każdy jej petent jest potencjalnym zamachowcem, ja bym nie nazwał takiej pracy i życia mianem spokojnych.
Jeżeli spodziewacie się po tej produkcji poprawności politycznej, to zdecydowanie właśnie taki obraz otrzymacie. Przynajmniej pod kątem pokazania islamu, a wręcz w pewnym momencie obrony jego niewinności jeżeli o typowe pionki w machinie chodzi.
ON: Ale pokazuje także jak te wspomniane przez Ciebie pionki łatwo mogą być przesuwane przez swych islamskich zwierzchników.
Jednakże, co jest przy tej pozycji naprawdę ważne, nie o muzułmańskich terrorystów chodzi. Owszem fabuła opiera się na planowanym zamachu i tym faktem nikogo nie zdziwię, ale już wartka akcja płynie głównie na barkach tych z pozoru dobrych ludzi, mających za zadanie obronę obywateli przed tragedią. Pisząc „z pozoru dobrych” mam dokładnie to na myśli. Nie wchodząc w spoilery, choć kuszą mnie niewyobrażalnie, moje odczucia w trakcie i po seansie były niezwykle pozytywne.
ON: Nie mogło być inaczej. Bardzo dobre kino akcji. Aż dziw, że z takiej historii zrobiono tak kiepski zwiastun, który ani trochę nie zachęcał do pójścia na seans.
Film tematycznie ciężki, momentami zaskakujący i w większości zwrotów akcji nieprzewidywalny. Bardzo na czasie i jednocześnie bardzo nie na miejscu, na pewno kole w oczy nie jedną osobę, która pracując w podobnych do filmowych służbach, będzie musiała walczyć z niepochlebnymi opiniami… Szczerze? Wychodząc z kina byłam niemal przekonana, że właśnie dokładnie tak działają i byłam z tego powodu wściekła.
ON: Mimo że gdzieś w duszy zawsze bardziej lubiłem filmy fantasy lub sci-fi to produkcje typu „Tożsamość Zdrajcy” łapie dodatkowe plusy za pokazanie w bardzo przekonujący i realistyczny sposób działanie mechanizmów w instytucjach do których pracy przeciętny człowiek nie ma wglądu. To był bardzo dobry film gdzie nie wciskano na siłę wątków gdzie zachowania bohaterów lub przedmiotów przeczyły prawom fizyki. Miał trzymać w napięciu i trzymał. Nie wpychano na siłę wybuchów ani pościgów by przykuć uwagę widza. Nie było to potrzebne, gdyż fabuła broniła się sama.
Dodatkowo uroczo i na wysokim poziomie zagrana rola Jacka Alcotta (Orlando Bloom) – przypadkowo spotkanego włamywacza, miłośnika gier, wprawionego w walce wybawiciela i kata w jednej osobie. Oklaski dla Pana Blooma, za naprawdę mocny przekaz i charakter postaci. Na dokładkę Michael Douglas jako Eric Lash – mentor Alice, Toni Collette jako twarda babka na czele brytyjskiego wywiadu i nieoceniony John Malkovich. Obsada na piątkę.

Przymykając trochę oko na niedociągnięcia i mając już po dziurki w nosie odgrzewanych kotletów, uniwersów itp.itd. seans „Tożsamości zdrajcy” to całkiem niezła opcja zarówno na wieczór we dwoje jak i w samotności.

średnia ocen 7,6
czyli... prawie idealny

środa, 21 czerwca 2017

Transformers: Wiek zagłady [recenzja] [audiorecenzja]

By On 21:08

Serii Transformers nie trzeba chyba przedstawiać nikomu. Pierwsza kinowa produkcja miała swoją premierę już dekadę temu!
Ona: Kolejna seria, której twórcy nie potrafią godnie zakończyć tylko stale oglądają się za kasą... A poziom leci na łeb na szyje. Mam swoiste deja vu – przerabialiśmy już odgrzewane kotlety Piraci, Szybcy i wściekli...
Cała saga zyskała rzeszę fanów na całym świecie stając się pozycją kultową w swojej kategorii. Na niespełna tydzień przed premierą "Transformers: Ostatni Rycerz" naszła nas ochota na przypomnienie sobie części czwartej.
Ona: Nas? Chyba ciebie!
Jest to pierwsza część drugiej już trylogii o poczynaniach przybyszów z kosmosu na naszej planecie. Historia filmu "Transformers: Wiek zagłady" (ang. Transformers: Age of Extinction / 2014 r. / reż. Michael Bay) dzieje się bezpośrednio po wydarzeniach z części trzeciej, mianowicie w realiach świata który stara się pozbierać po "bitwie o Chicago" w której to Autoboty starały się obronić Ziemię przed Decepticonami. Świat w obliczu gigantycznych strat odwraca się od Autobotów zrywając sojusz z kosmitami. Ziemskie wojsko i biura wywiadowcze starają się za wszelką cenę wyeliminować wszystkie roboty dla dobra ludzkości. W całym tym szaleństwie poznajemy mechanika i wynalazcę Cade Yeagera (Mark Wahlberg), który samotnie wychowuje córkę Tessę (Nicola Peltz). Ich życie to ciągłe zmaganie się z nieudanymi projektami ojca i problemami finansowymi. Wszystko jednak ma zmienić jedno wydarzenie, Yeager odnajduje ciężarówkę, która wygląda na jednego z Autobotów! Mężczyzna musi podjąć decyzję czy wydać "transformera" władzom jednocześnie licząc, że ten czyn przyniesie mu zarobek czy narazić siebie i rodzinę na niebezpieczeństwo chcąc ochronić przybysza przed zgładzeniem.

Audiorecenzja dla tych, którzy wolą posłuchać niż przeczytać 😏

Mógłbym tonować emocje i wypowiedzieć mój osąd na samym końcu. Zrobię to jednak już teraz i bez ogródek napiszę, że była to najsłabsza część z całej sagi.
Ona: Cóż. Pełna zgoda. Tak jak poprzednie części (dostępne o tutaj #bezabonamentu) ciekawiły i zatrzymywały mój wzrok na ekranie, tak ta – usypiała. To miało być umilenie naszej ostatniej podróży autobusowej, a było męczarnią. Do tego stopnia, że seans tego wątpliwej jakości dzieła podzieliliśmy na trzy mini seanse, a to i tak tylko na potrzeby tej recenzji. Gdyby nie ona – film wbrew jakimkolwiek zasadom porzuciłabym po pierwszych dwudziestu minutach. For ever!
Przez lata śledziłem wszystkie części, mimo że można było doczepić się do mnóstwa rzeczy to za każdym razem bawiłem się dobrze. Nie bez powodów wszak trylogia "Transformers" jest tak popularna i wysoko oceniana wśród widzów. W "Transformers: Wiek zagłady" zabrakło mi nawet nie tyle klimatu z poprzednich części, co porządnej fabuły. Michael Bay postawił, jak to on, na masę wybuchów i efekty specjalne. Z czego w mój gust przypadły jedynie te drugie, które na prawdę robiły wrażenie.
Ona: Kolejny raz oglądaliśmy chyba zupełnie inny film. Efekty robiły wrażenie? Proszę Cię, nie rozśmieszaj mnie Kochanie. Autoboty i Decepticony były zrobione niestarannie i nierealistycznie. Przy środkach na film i możliwościach technicznych, rozczarowały po całości. Może jedynie efekt obracania w proch żywych organizmów przez galaktycznego headhuntera był wart uznania.
Historia miała mnóstwo luk, zachowania bohaterów uważam w dużym stopniu za nielogiczne. Aktorzy także nie pomogli produkcji, choć z drugiej strony scenariusz z dialogami też nie powalał na kolana. Gdybym chciał doszukiwać się plusów to napisałbym, że przez większość czasu nie nudził. Głównie przez to, że działo się dużo na ekranie i twórcy raczyli nas ładnymi obrazkami aut i samych robotów po przemianie. Tę część można śmiało traktować jako istny zapychacz czasu. Nie będę do niej na siłę ani zachęcał ani zniechęcał.
Ona: Ja wręcz przeciwnie. Śmiało możecie ominąć tę część – wystarczy streszczenie lub nasza recenzja, by móc spróbować przełknąć część piątą. Zachęcić mogę, co najwyżej do poprzednich trzech części, z naciskiem na dwie pierwsze – tyle.
Ot średniak jakich wiele. Jako pojedynczy film na pewno nie będzie to najlepsza pozycja, ale jako całość jest wręcz musem do obejrzenia dla fanów serii. Gdybym chciał być nieżyczliwy określiłbym ten film jako skok na kasę i jechanie na popularności pierwszych trzech części.
Ona: Tym właśnie był. Jeżeli to robi ze mnie nieżyczliwą to trudno, ale jestem przynajmniej szczera.

Ale że nie jestem to mam nadzieję, że była to jedna wtopa, a tegoroczna premiera okaże się hitem. Tego sobie i wszystkim życzę. 

średnia ocen 4,0
czyli TYPOWO... na siłę!
film obejrzany dzięki

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Sama przeciw wszystkim [recenzja] [audiorecenzja]

By On 10:05



Jesteście za czy przeciw powszechnemu dostępowi do broni palnej? Ja jestem przeciwko i gdyby tylko kogokolwiek to interesowało podpisywałabym się rękami i nogami pod każdą podsuniętą mi listą – drukowanymi literami!
ON: To chyba największa ideologiczna kość niezgody między nami kochanie. Jestem zwolennikiem systemu gdzie każdy zdrowy na umyśle (!) człowiek powinien mieć prawo posiadania broni by chronić siebie i swoją rodzinę.
Tym samym z pełnym zaangażowaniem oglądałam film „Sama przeciw wszystkim” (ang. Miss Sloane /2016/ reż John Madden), który o tym dość kontrowersyjnym temacie prawi w obszerny i wyjątkowo chwytliwy sposób. Nie miałam pojęcia na jaki film idę, nie znałam tematyki. Mało brakowało, a przegapilibyśmy perełkę…
ON: Na swój sposób świetny film. Dawno nie widziałem tak dobrej „przegadanej” produkcji.
Film obejrzeliśmy stosunkowo późno po jego polskiej premierze, zapewne dlatego, że zazwyczaj to ja jestem motorem napędowym kinowych wypadów – a w tym przypadku miałam pewne wątpliwości. Zupełnie nieuzasadnione, jak się później okazało.
Elizabeth Sloane (Jessica Chastian) to twarda sztuka – zawodowo i prywatnie, choć granica pomiędzy tymi dwiema sferami w jej życiu właściwie nie istnieje. Uczona od dzieciństwa kłamstw i wywierania wpływu, doszła w nich do perfekcji. Zastanówmy się więc, gdzie w amerykańskim świecie z łatwością odnalazłaby się taka osoba? Odpowiedź jest oczywista jeżeli do powyższych umiejętności dodamy jeszcze chorobliwą ambicję – Elizabeth, a właściwie Madeline Elizabeth jest jedną z najlepszych waszyngtońskim lobbystek. Mogącą swobodnie wybierać w zleceniach, bezwzględnie skuteczna. Ze względu na swoją reputację, zyskaną ciężką pracą, otrzymuje intratną propozycje lobbowania za projektem łatwego dostępu do broni. Nie do końca jasne jest czemu propozycję tę odrzuca i przechodzi do kontrataku. Zabierając połowę swojej przeszkolonej ekipy, ramię w ramię z przeciwnikami posiadania broni nie tylko walczy o głosy senatorów, mataczy, lawiruje i pokazuje tym samym półświatek amerykańskiego lobbingu, ale trafia w końcu przed komisję śledczą.






Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać niż przeczytać

ON: Dodam tylko, że jest to t kobiety której nie sposób polubić! Udająca silną, niezależną, samowystarczalną, lecz pod maską skrywa ludzkie problemy i kompleksy. Do tego arogancka, gardząca innymi i uważająca się za najmądrzejszą. Zimne, wredne babsko w pełnej krasie. Z całym szacunkiem do wszystkich szanownych Pań, czytających tę recenzję 😏
Produkcja z założenia nie jest dla każdego. Pretenduje na miano filmu politycznego i jako taki jest dość skomplikowany zarówno jeżeli chodzi o tempo jak i o dialogi. Czasem ciężko było mi nadążyć za pomysłami głównej bohaterki i odnaleźć się w amerykańskich realiach. Bardzo dużo mamy tu nawiązań do konstytucji USA, a że w USA nie mieszkamy to i nie mamy obowiązku znać tych wszystkich poprawek… Nie mniej jednak, film porusza na tyle istotne zagadnienie, które dotyczy nas wszystkich, że jest dla mnie od dnia seansu całkowitym must watch dla każdego.
ON: Pełna zgoda, film dla myślącego widza, dlatego.. nie dla każdego. Nie dla osób które muszą mieć podane wszystko na tacy. Bez dwóch zdań dla wszystkich, którzy interesują się polityką i mechanizmami jakie tworzą współczesny świat.
Cały lobbing – choć niezwykle sprawnie pokazany, jest tu tak naprawdę jedynie dodatkiem przy zasadniczym pytaniu czy naprawdę każdy powinien mieć dostęp do broni palnej ot tak? Mogłoby się wydawać, że reżyser postawił na odpowiedź negatywną kierując Elizabeth do walki o przeforsowanie ustawy ograniczającej zakup broni. Historia ma jednak drugie dno, które powoli wypływa na równi z pierwszym poprzez historie pobocznych postaci.
ON: Jest to jeden z największych plusów tej produkcji. Być może właśnie dlatego przeszła bez większego echa? Reżyser nie opowiedział się wprost po żadnej ze stron, nie pokazał która droga jest tą właściwą. Każdy człowiek wyniesie z tego filmu inne wnioski. Jest to charakterystyczne jedynie dla wybitnych filmów.
Ostatecznie otrzymujemy film o tym jak nawet najbardziej idealistyczna walka może zamienić się w bezwzględną, pozbawioną sumienia i nastawioną jedynie na osiągnięciu założonego celu. Po trupach! Osobiście przez większą część filmu byłam pod ogromnym wrażeniem posągowej Elizabeth, a właściwie gry aktorskiej Chastian. Perfekcja w każdym calu. Bohaterka niejasna moralnie, niby trochę socjopatyczna, a jednak – choć nie jest to pokazane wprost – z wartościami. Myślę, że to jedna z jej lepszych kreacji.
ON: Nie mogę zgodzić się do końca. Owszem zagrała bardzo ciekawą postać, lecz wyglądała w moich oczach nieco sztucznie. Nie powiem oczywiście, że zagrała źle, jednak nie wybiła się niczym ponad resztę obsady, która swoją drogą zagrała świetnie!

Całość naprawdę godna polecenia, z morałem, zaskakująca fabularnie, dopracowana w stu procentach, nie przekombinowana. Rzadko spotykamy na swojej drodze tak warte polecenia produkcje, które skutecznie dźwigają na swoich ramionach kobiece bohaterki. Brawa dla Chastian!

średnia ocen 8,1
czyli... prawie idealny

niedziela, 18 czerwca 2017

Ponad wszystko [recenzja] [audiorecenzja]

By On 12:37
Ponad wszystko” (ang. Everything everything/ 2017 / reż. Stella Meghie) to całkiem dobra nazwa, jak na tematykę produkcji. Choć może niekoniecznie w pozytywnym sensie. Ponad wszystko bo ponad nudę na ekranie, grę aktorską i przewidywalność filmu. Ostatecznie ponad braki pomysłów na jego zakończenie. Mimo wszystko sam film mnie urzekł, ponad wszystko co w nim było złe.
ON: Był to film po którym mam dziwne odczucia. Podobał mi się i nie podobał. Nie zaciekawił, ale też nie nudził. Był przewidywalny, ale historia wciągnęła. Sam nie wiem czy więcej w nim było dobrego czy złego kina, lecz ocenić jakoś spróbuję.
Maddy (Amandla Stenberg) od siedemnastu lat jest zamknięta we własnym domu niczym w więzieniu. I choć dom, w którym przyszło jej mieszkać jest wyjątkowo bogato urządzony, oszklony i w pełni dopasowany do potrzeb swojej niewychodzącej mieszkanki, to nadal nie imituje nawet w ułamku procenta tego, co można spotkać za jego progiem.
ON: Ale za to jakże bezpiecznie może się czuć w swojej oazie!

Audiorecenzja dla tych, którzy wolą nas posłuchać niż przeczytać 😏

O wyjściu na zewnątrz nie może być mowy – Maddy jest chora na SCID, czyli ciężki złożony niedobór odporności w wyniku niedoboru deaminazy adenozynowej. Brzmi niemal tak kosmicznie jak kosmicznie w swoim domku na Marsie czuje się sama nastolatka. Jedyna styczność z innymi ludźmi przychodzi do niej w postaci pielęgniarki i nadopiekuńczej matki. Niewiele jak na nastoletnie zapotrzebowanie… Gdy do domu obok wprowadza się Olly (Nick Robinson) i po raz pierwszy staje w oknie po drugiej stronie hermetycznego okna Maddy, jej świat trzęsie się w posadach.
ON: Oraz jak można się domyślić pojawiają się pierwsze pęknięcia w tym domowym bunkrze przygotowanym przez matkę Maddy.
Film jest ekranizacją głośnej książki Nicola Yoon o tym samym tytule, dość wysoko ocenianej na tematycznych stronach. Stąd doczekawszy się wydania filmowego powinien ten poziom przynajmniej podtrzymać. Główny problem jaki mam z „Ponad wszystko” to fakt, iż ostatnimi czasy niemal, co chwilę raczeni jesteśmy równie ckliwymi opowieściami o śmiertelnie chorych nastolatkach.
ON: Oj tak, mogę się mylić, ale wydaje mi się, że co najmniej raz w roku musi wyjść film o zmagających się z przeciwnościami losu młodych ludziach, którzy odkrywają miłość, lub o nią walczą.
Choć chwytają za serce, choć sprawiają, że człowiek jakby bardziej docenia swoje życie i zaczyna uważać własne problemy za mniej istotne, to również znieczulają na każde kolejne wyciskacze łez. Jeżeli o Ponad wszystko chodzi, to równolegle mamy do czynienia ze współczesnym love story w wydaniu nastolatków. Jest to wszystko urocze, tkliwe i niewinne. Cała wymiana smsowo-mailowa trafiała do mnie jako do kobiety i rozumiem jej założenie, trochę współczuję męskiej stronie widowni, która zdecydowała się pójść z ukochanymi na seans. Poprzeczka romantyzmu postawiona wysoko! Mam tu na myśli głównie upór Olly'ego…
ON: Wypraszam sobie :) mnie ten motyw nie rozczarował, ani nie zmęczył! Moja romantyczna dusza parę razy zklaskała z zachwytu nad pomysłem realcji dwójki zakochanych. Swoją drogą to nigdy nie uchylałem się przed romansidłami czy komediami romantycznymi! Takich facetów jest zresztą mnóstwo, po prostu nie każdy się do tego przyznaje...
Z pozoru nudny film, rozgrywający się na niewielkiej przestrzeni, reżyser koncepcją przeniósł w głąb umysłu bohaterów, a tu nawet smsy pokazane zostały inaczej i oryginalnej. Nie rozumiałam kilku zabiegów – głównie tych rozgrywających się w skomplikowanym i odciętym od świata umyśle Maddy (kosmonauta?), ale nie przeszkadzało mi to praktycznie wcale, patrząc po ogóle.
ON: Nieczytając książki mogę jedynie się domyślać, że tam ten wątek rozwinięto, a do filmu starali się go wcisnąć nie szukając czasu na wyjaśnienia.
Długo by mówić o przewidywalności i brakach aktorskich, ale nie widzę większego sensu by skupiać się na minusach. Film wart poświęcenia kilkudziesięciu minut swojego czasu, niekoniecznie obowiązkowo już w tym momencie, gdy jeszcze leci na dużym ekranie. Nudny – nikogo nie zamierzam oszukiwać, nic wielkiego i porywającego nie ma w nim miejsca, to nie film akcji z milionem zwrotów, ale wartościowy pod względem emocjonalnym. Na takie filmy mówię – motywatory. To motywator do zmiany postrzegania swojego życia.

średnia ocen 5,9
czyli... zaciekawił

Ukryte Piękno

Ukryte Piękno
recenzja

__

About me

Wszystkie filmy oceniamy w 5 kategoriach:

1- fabuła
2- dialogi/gra aktorska
3- fabuła/ realizacja
4- pod kątem gatunku
5- przyjemność z oglądania

w niezmiennej dziesięciostopniowej skali:

skala

opis

1

Nigdy w życiu!

2

Szkoda tracić czas...

3

W ostateczności

4

Na siłę

5

Można obejrzeć

6

Zaciekawił

7

Dobre kino

8

Prawie idealny

9

Wybitny

10

MAJSTERSZTYK!!


Odwiedziliście nas już

Zblogowani

zBLOGowani.pl