Enter your keyword

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piraci z karaibów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piraci z karaibów. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 maja 2017

Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara [recenzja]

By On 19:38




Po dwóch tygodniach pięknej, morskiej przygody naszym oczom wyłonił się ląd na horyzoncie. Nie oznacza to ni mniej, ni więcej jak to, że dotarliśmy do celu. Właśnie rozpoczynam pisać recenzję filmu "Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara" ( ang. Pirates of the Caribbean: Dead Man Tell No Tales / 2017 r / reż. Joachim Ronning, Espen Sandberg). Jestem świeżo po seansie, a oto krótki zarys fabuły i kilka moich spostrzeżeń na temat tej części jak i naszego małego maratonu przez wszystkie historie z Jackiem Sparrowem w roli głównej.
Ona: Uwaga, uwaga! Dobiliśmy do celu. W końcu. Nareszcie. Amen.
Kapitan Sparrow (niezmiennie Johnny Depp) jak zwykle wpada w tarapaty.
Ona: Tarapaty kiepskiej gry aktorskiej. Ekhem.
Tym razem spotykamy go na malowniczej wysepce na Karaibach, gdzie były Kapitan Czarnej Perły topi swe smutki w litrach rumu. Po próbie kradzieży największego skarbca jaki posiadała brytyjska korona zostaje (po raz kolejny!) skazany na śmierć. Kim byłby jednak Jack gdyby z pozoru beznadziejnej sytuacji nie przekuł w same pozytywy. Przez mnóstwo zbiegów okoliczności poznaje młodego chłopaka imieniem Henry, a nazwiskiem... Turner (Brenton Thwaites), oraz piekielnie inteligentną Carinę Smyth (Kaya Scodelario).

Ona: W końcu jakiś Turner-Swan musi być na ekranie, skoro Orlando i Keira pożegnali się z ekranem w serii już jakiś czas temu.
Wszystkim przyświeca jeden cel - odnaleźć legendarny Trójząb Posejdona, który może dać władzę na wszystkich morzach i oceanach. Ach nie wspomniałem o najważniejszym! Tytułowy Salazar (Javier Barden), przechytrzony przed lata przez młodego Sparrowa poprzysiągł mu (także tytułową) zemstę. Tak więc Sparrow musi radzić sobie po pierwsze z morderczym Salazarem, po drugie znaleźć mistycznym artefakt samego Boga mórz, a po trzecie opanować swoje niepohamowanie w piciu. Gdzieś w tle oczywiście na swoich okrętach czyha i Barbossa (Ian Rush) i brytyjska marynarka...
Ona: Znane twarze skutecznie wbijają widza w historię z poprzednich części. Jest to o tyle istotne, aby znać poprzednie, bo ta część nie nawołuję jedynie do tych nieznanych faktów z młodości Sparrowa, ale również tych już znanych. Stąd zachęcamy w tym miejscu do zapoznania się z recenzjami poprzednich części (klik!) oraz do obejrzenia ich na Chili.tv
Idąc do kina miałem nadal przed oczami bardzo średnią część czwartą sagi.

Ona: Kiepską.
Jeśli dodam tego niezbyt pochlebne recenzje osób, które przedpremierowo widziały pokaz "Zemsty Salazara" to z tyłu głowy zapaliła mi się może nie czerwona, ale przynajmniej pomarańczowa lampka.
Ona: Za to ja osobiście niechętnie poszłam. Roiło mi się w głowie od myśli o odgrzewanym kotlecie. Wizja kolejnej mało udanej części wisiała nade mną niczym gilotyna nad Sparrowem... Wolałam zostać pod kołderką.
Na prawdę nie byłbym rozczarowany gdybym obejrzał choć przyzwoitą produkcję. Duet norweskich reżyserów na szczęście zatopił moje troski gdzieś w morskiej otchłani. Panowie Ronning i Sndberg tchnęli w najnowszą odsłonę cyklu starego, dobrego ducha "Piratów z Karaibów"! Znowu było mnóstwo świetnej akcji. Zawiła fabuła wciągała swoimi kolejnymi wątkami. Znowu czułem, że płynę w podróż z Kapitanem Jackiem Sparrowem i resztą załogi na niezapomnianą przygodę. Z czystym sumieniem mogę napisać, że dostałem to czym urzekły mnie pierwsze trzy części. Wiele wątków, morskie legendy,
klątwy, intrygi! Ach czego chcieć więcej?
Ona: Przydałoby się odrobinę więcej umiejętności aktorskich głównego bohatera – Sparrowa. Nie wiem co się dzieje z Deppem, ale ostatnio grać nie potrafi.
Do tego wiele humorystycznych elementów, oraz to co najważniejsze – w odróżnieniu od "czwórki" - znowu mieliśmy historię o Piratach, a nie popierdółkach! Wszystko zgrało się w idealną niczym Czarna Perła całość. Nie wiem nawet kiedy minęły te dwie godziny na sali kinowej, ponieważ dostałem mnóstwo świetnej rozrywki i przygody takiej jaką lubię.
Fani serii na pewno nie będą rozczarowani. Świetne efekty specjalne dopełniały pirackiego klimatu. Teraz jedynie zostaje mi odliczać do kolejnej odsłony, która mam nadzieje zostanie szybko ogłoszona!

Ona: Jestem niestety mniej przychylna tej części. Nie wniosła nic odkrywczego, a przypływ piątej części nie przyniósł żadnego
najmniejszego zaskoczenia! Kolejna zmiana reżysera – wyszła na + w porównaniu do części czwartej, natomiast ich świeże spojrzenie było niczym woń śniętej ryby. Mówię jak jest... Można obejrzeć. Wybrać się do kina i przesiedzieć, ale nie spodziewać się niczego wow. Efekty na wysokim poziomie. Kilka ciekawostek z przeszłości Jacka. Zakończenie kilku wątków, które pozostawały od 2011 roku w zawieszeniu. Byłoby to idealne zakończenie całości – po co dalej brnąć w historię, która umiera przez powieszenie, ale nie... Scena po napisach zapowiada kolejne części. Szczerze? Ludzi na seansie było wielu. Nikt nie wyszedł przed czasem, ale jakoś nikt też nie śmiał się w głos i podejrzewam, że gdzieś to się wszystko minęło z oczekiwaniami. Średniak. Obejrzeć z ciekawości i zapomnieć aż do części szóstej. Ahoj! (oby to było ostatnie moje ahoj na dłuuuższy czas...)
średnia ocen 6,8
czyli... dobre kino! 

Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach [recenzja]

By On 19:04
Gore Verbinski stworzył kapitalną trylogię o przygodach nieustraszonych piratów. Historia w jego filmach była coraz lepsza z każdą kolejną częścią. Reżyser Rob Marshall postanowił po kilka latach od premiery trzeciej części "Piratów z Karaibów" wskrzesić Jacka Sparrowa i jego ferajnę. W filmie "Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach" (ang. Pirates of the Caribbean: On Strange Tides / 2011 r / reż. Rob Marshall) zapewne chciał dorównać Verbinskiemu, a to oznacza, że zadanie postawił sobie bardzo ambitne.
Ona: I zdecydowanie nie podołał.
Tym razem Kapitan Jack Sparrow znajduje się w Londynie, gdzie chce pomóc
ujść z życiem jednemu ze swoich pobratymców - Gibbsowi. Jack nie byłby sobą, gdyby z pobytu w stolicy Anglii chciał wycisnąć jedynie bezinteresowną pomoc dla swojego kompana. Wierzy, że właśnie tam zdobędzie nowy statek po utracie Czarnej Perły, zwerbuje sprytną załogę, oraz uzyska informacje na temat tajemniczego źródła wiecznej młodości. Plany udaje się wcielić w życie jedynie połowicznie. A wszystko dlatego, że owszem o źródle czegoś się dowiedział, jednak ceną tej wiadomości było trafienie na okręt legendarnego Pirata Czarnobrodego (Ian McShane), bynajmniej nie w roli kapitana jego statku. Po drodze napotyka swoich starych kompanów, tych których znamy (np. Barbossa), lub tych których zna jedynie Sparrow (Angelica – Penelope Cruz).
Nie będę owijał w bawełnę i napiszę wprost: do diaska, ależ mnie ta część rozczarowała! Film całkowicie oderwany od klimatu starych dobrych "Piratów". Za grosz nie czerpałem radości z oglądania. Nie było ani momentów klasycznych dla piratów z poprzednich części, ani nowe postaci nie były interesujące.
Ona: Do tego stopnia, że odechciewa się dygresować w jakikolwiek sposób, bo nie ma czego opisywać. Zupełnie inna koncepcja – ogólny chaos. Byłam rozczarowana. Mój miłośnik kina pirackiego – On – zażenowany przez połowę seansu. Ja – cóż, zawiedziona. Historia nie była zła, naprawdę. W moim guście! Syreny. Mity. Itp. Itd. Ale wszystko nie tak...
Reżyser postawił na bieganie i machanie szablami bez opamiętania. Jako widz czułem się oszukany i potraktowany jak idiota. Mam wrażenie, że Rob Marshall stwierdził, że wystarczy dać Johnnego Deppa, przebrać aktorów, wręczyć szable i puścić dźwięczną muzykę z pierwowzorów, a głupi widz to kupi. Otóż nie tym razem! Jakby tego było mało to seria zawsze charakteryzowała się świetnym poczuciem humory i zabawnymi motywami. Przez dwie godziny seansu uśmiechnąłem się jeden, jedyny raz. I to na samym końcu!
Ona: Mocne, ale zasadne słowa.
Jest to produkcja, na której recenzje nawet szkoda mi czasu. Co gorsza piszę to w dniu premiery najnowszej części "Zemsty Salazara", na którą wyczekują niecierpliwie od wielu tygodni. Jedynym plusem był oczywiście główny pomysł na motyw, czyli źródło wiecznej młodości. Jednak jego realizacja oraz dobór (nowych) aktorów okazał się całkowitą klapą. Po seansie aż chciałoby się zapytać reżysera "Przepraszam, czy płynie z nami pirat?".
Ona: O, właśnie uśmiechnęłam się po raz pierwszy podczas Piraci z Karaibów na nieznanych wodach.

Warto obejrzeć jedynie z powodu kilku ciekawie nakręconych kadrów, oraz samego Jacka Sparrowa, by nie umknęło nam nic z jego prze ciekawej historii! Do zobaczenia na premierze najnowszej części – oby nie rozczarowała! Ahoj!

Pozostałe części:
4. ...

średnia ocen 3,9
czyli... na siłę
film obejrzeliśmy dzięki

poniedziałek, 22 maja 2017

Piraci z Karaibów: Na krańcu świata [recenzja]

By On 11:39
Jak zapowiedzieli tak zrobili, a w ślad za nimi podążamy i my! Zapraszamy do podróży na kraniec świata. Film "Piraci z Karaibów: Na krańcu świata" (ang. Pirates of Caribbean: At World's End / 2007 r. / reż. Gore Verbinski) opowiada o tym jak załoga z kapitanem Barbossa (Geoffrey Rush), Elizabeth Swan (Keira Knightley) i Willem Turnerem (Orlando Bloom) na czele wyrusza na kraniec świata by uratować Jacka Sparrowa (Johnny Depp) z pułapki Davyego Jonesa (Bill Night).
Ona: Sama koncepcja pułapki na krańcu świata oraz całokształt scen z szalonym Jackiem Sparrowem przez swoją dziwność – plus!
W trzeciej części przygód, nasi odważni piraci poznają najdalsze zakątki świata, spotykając przy okazji innych wielkich wodnych korsarzy.
Ona: Tutaj to mnie trochę kupili... Wprowadzając wątek mitologiczny – Calypso. Ogólnie jeżeli o fabułę chodzi to tak się składa, że jest to póki co jedyna odsłona Piratów, której z czystym sumieniem poddałam się i która potrafiła zaciekawić niemal od początku, a już na pewno po sam koniec sceny po napisach. Opcja obejrzenia oraz zatrzymania filmu na zawsze bez niepotrzebnych abonamentów, zupełnie legalnie – a warto wspierać takie opcje – o tu -> Chili.tv)
Do tego nieustępliwa Kompania Wschodnioindyjska chce raz na zawsze rozwiązać kwestię piracką, doprowadzając do swojego panowania na morzach i oceanach. Natomiast żarliwa miłość Willa i Elizabeth wystawiona jest po raz kolejny na ciężką próbę!
Ona: Niby opiera się to wszystko na tej ich miłości, a jednak gdzieś obok tego wątku. W końcu! Przez to jest zdecydowanie więcej czasu na inne, ciekawe sceny. Oczywiście nie mogło zabraknąć gagów z udziałem Sparrowa, choć te akurat nie kłóciły się z całością. Wyjątkowo.
Tyle tytułem chaotycznego wstępu. Chaosem niewątpliwie nawiązałem do losów naszych bohaterów. Kolejne mniej lub bardziej udane misje wywodzą się właśnie z... chaosu. Nie inaczej było i tym razem. W ich poczynieniach nie może być mowy o skrupulatnym trzymaniu się utkanego z największą starannością planu. Raz, że burzliwe charaktery nie pozwolą na potencjalnie spokojną podróż, tak dwa na ich drodze, co rusz czyha masa wrogów pragnących zepsuć im każdy pomysł. Przypadek goni przypadek.
Gore Verbinski po raz kolejny odkrył kawałek mapy świata jaki stworzył. Tym razem całkiem spory kawałek. Poznaliśmy zupełnie nowych piratów, z zupełnie innych światów.
Ona: Pobieżnie...
Dowiedzieliśmy się, co spotkało Kapitana Jacka Sparrowa, oraz jaki układ łączy Davyego Jonesa z Kompanią Wschodnioindyjską i Lordem Beckettem. Pomysł na realizację "trójki" zadziałał. Dzięki nowym miejscom mogliśmy wczuć się w rolę pirata podróżującego przez bezkres oceanu, który raz po raz natrafia na nowe lądy, ludzi, stworzenia. Jeśli chodzi o fabułę nie czułem w niej nic odgrzewanego, a wręcz odwrotnie. Śledziłem nową opowieść z zaciekawieniem.

Ona: Choć znów trochę po łebkach... wprowadzono kilka nowych wątków i nie wyczerpano tematów. Marnie rozwinęli motyw Calypso.
Na wielki plus zasługuje kolejny etap otwierania przed nami tajemnic przeszłości pirackiej braci. Aż żal, że nie zostało nam to opowiedziane do końca, ale przecież o czymś muszą być kolejne części 😏
Ona: Tak jest Kapitanie!
"Piraci z Karaibów: Na krańcu świata" dało mi kawał świetnej rozrywki pełnej oryginalnych intryg i typowych dla serii elementów humorystycznych, które na pewno nie trafią w każdy gust. Pozostając przy zaletach nie mogę nie wspomnieć o kadrach z majestatycznymi okrętami, w tej części na prawdę było na co popatrzeć!

Ona: Powoli się już przyzwyczajam przy trzeciej części do klimatu tego uniwersum. Szabelki, gagi, absurdalne rozwiązania, efekty itp.itd. - rozumiem, że to kino specyficzne. Mój ON po prostu uwielbia takie klimaty – morze, szanty i statki, więc z miłości można uznać ten film za udaną opcję na wieczór we dwoje- Tak moje Panie, a później druga połówka musi iść z Wami na coś dla Was. To się nazywa Kompromis 💙😙

Zachęcam do obejrzenia każdego, kto lubi takie przygody, w szczególności teraz, kiedy już za niecały tydzień premiera filmu "Piraci z Karaibów: Zemsta Salazara". Ahoj!

Recenzje pozostałych części:

średnia ocen 7,2
czyli... dobre kino!

sobota, 20 maja 2017

Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka [recenzja]

By On 16:49
Skoro powiedziało się "A" (klik!), trzeba powiedzieć "B"! Zapraszamy do szybkiej niczym Czarna Perła recenzji, drugiej odsłony przygód Jacka Sparrowa. Film "Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka" (ang. Pirates of the Caribbean: Dead Man's Chest / 2006 r / reż. Gore Verbinski) przenosi nas ponownie do czasów nieustraszonych korsarzy i wielkich morskich okrętów. Niedługo po tym jak Jack (Johnny Depp) odzyskuje swoją największą miłość czyli statek Czarna Perła, a Will Turner (Orlando Bloom) planuje swą największą miłość, czyli Elizabeth Swann (Keira Knightley) poślubić, zaczynają się dziać wokoło nich dziwne rzeczy. Will i Elizabeth popadają w tarapaty prawne, natomiast dzielny kapitan Sparrow jest ścigany przez jednego ze swoich dawnych wrogów- Davy'ego Jones'a. Okazuje się, że oba z pozoru nie mające ze sobą nic wspólnego wydarzenia łączą losy naszych bohaterów.
Ona: Ponownie, co wcale nie przypada do gustu ani Sparrowowi ani reszcie pirackiej ferajny.
A jak już wiemy z pierwszej części, kiedy Jack Sparrow pakuje się w kłopoty jest to dla nas gwarancja świetnej przygody!
Ona: Bo gdyby nie on jeden to cały ten film byłby zwykłym machaniem szabelkami.

Druga część Piratów z Karaibów nie zawiodła moich oczekiwań! Po seansie miałem świadomość dobrze wykorzystanych dwóch i pół godziny z życia. Na filmie nie sposób było się nudzić, cały czas na ekranie było mnóstwo akcji i ciekawych wątków. Przede wszystkim druga część nie odeszła od klimatu "Klątwy Czarnej Perły", było mnóstwo świetnego humoru i pirackiej otoczki. Johnny Depp natomiast po raz kolejny pokazał, że świetnie czuje się w roli Kapitana Sparrowa, pozostali bohaterowie także zagrali na co najmniej przyzwoitym poziomie. Co do samej fabuły, nie mam do czego się doczepić.
Ona: A ja i owszem. Jak to zwykle bywa przy sukcesie filmowej produkcji, producenci chcąc nachapać się jeszcze więcej wymyślają dalsze ciągi... i inne takie. W tym przypadku wiążę się to z popłynięciem w świat totalnej fantastyki i to na średnim poziomie niestety. Cała historia średnio jest w ogóle wyjaśniona, raczej po łepkach przez co nie do końca wiemy jak w ogóle funkcjonuje ten cały Davy Jones. Skrzynia, bijące serce, on żyjący z ekipą jemu podobnych umarlaków na dnie oceanu... Szmery bajery i żadnej treści w treści. Pomysł – ok, ktoś miał fantazję, ale realizacja? Postawiono na mało zabawne, przerysowane i wyglądające zza każdego rogu efekty specjalne i gagi.
Cała historia była bardzo dobrze rozpisana, wszystko przeplatane intrygami i zwrotami akcji spełniło moje wymagania. Jeśli miałbym się do czegoś doczepić to do przydługiego i średnio śmiesznego początku. Nie wiem jaki był zamysł twórców, ale ani trochę nie pasowało to do dalszej części filmu, kiedy akcja zaczęła się rozwijać. Ogromne słowa uznania należą się za efekty specjalne! Należy pamiętać, że był to film z 2006 roku, a morskie stwory (których nie brakowało) były pokazane bardzo realistycznie. Do tego genialna charakterystyka załogi i samego Davy'ego Jones'a podnosi w moich oczach ogólną ocenę. Film wart polecenia każdemu, kto lubi kino przygodowe z domieszką fantasy, nawet jeśli nie został fanem "Klątwy Czarnej Perły". Pod kątem akcji w filmie "Piraci z Karaibów: Skrzynia Umarlaka" działo się na prawdę dużo i już nie mogę doczekać się seansu kolejnej części! Ahoj!

Ona: No tak... hip hip hura... jeszcze CAŁE dwie części + premiera.
średnia ocen 6,8
czyli... dobre kino!

film obejrzany dzięki uprzejmości

Sup

czwartek, 11 maja 2017

Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły [recenzja]

By On 12:09
Wielkimi krokami zbliża się premiera kinowa piątej już części Piratów z Karaibów. Serii, która jakoś szczególnie nie zdobyła mojego serca szumnym Ahoj kapitanie!
ON: Och, jak możesz! Nigdy za wiele pirackiej przygody!!
Jest natomiast na tyle charakterystyczna i lubiana przez ogół, że powraca raz na kilka lat z nowymi pirackimi przygodami. Od pierwszego epizodu minęło już… O kurczę, prawie czternaście lat!
ON: Ależ ten czas szybko nomen omen… płynie! Miałem wrażenie, że dopiero co cała historia wystartowała, a tu proszę – minęło prawie półtorej dekady. Nie pozostało nic innego jak przekonanie się na własne oczy jak starzeje się pierwsza część Piratów z Karaibów!
Stąd nie chcąc czuć się zupełnie oderwanymi od historii przed kinowym wypadem 26 maja, wypadałoby przypomnieć sobie to i owo. Maratonik? Czemuż by nie! (szczególnie, gdy kolekcja zebrana w jednym miejscu i to stuprocentowo legalnie o tu seria Piraci z Karaibów Chili.tv) Efektem tegoż przedsięwzięcia będą cztery recenzje, a jego zwieńczeniem wpis piąty zamykający całość pirackiej opowieści. No to, do dzieła!
ON: Moja głęboko skrywana piracka dusza już zaciera ręce na tą fantastyczną podróż! Dzięki Ci ChilliTV <3
Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły (ang. Pirates of the Caribbean: The Curse of the Black Pearl/ 2003 / reż. Gore Verbinski) to pierwsza część kultowej już serii spod pirackiej flagi.
ON: Spod Pirackiej Bandery kochanie 😏
Will Turner (Orlando Bloom) zostaje sierotą, cudem wyrwaną z rąk śmierci i ocaloną przed utonięciem. W wyniku pirackiej grabieży na statek, którym podróżuje ląduje biedaczyna w wodzie na niewielkiej tratwie. Szczęście w nieszczęściu, rzec można. Niedługo później zostaje wyłowiony, po gromkim „człowiek za burtą” przez Komodora Jamesa Norringtona (Jack Davenport), Gubernatora Swanna (Jonathan Pryce) i małą Elizabeth Swan (Keira Knightley). Ta ostatnia niemal od razu odkrywa na półprzytomnym Willu znaki świadczące o pirackich korzeniach… Dla jego własnego dobra, gdyż piratem być równa się być martwym, zaciera ślady i przywłaszcza sobie przedmiot, który z pozoru niegroźny w rzeczywistości odmieni całe ich życie. Kto by pomyślał, że takie nic sprowadzi im wszystkim na głowę demony przeszłości, a wraz z nimi legendarny statek Czarną Perłę, wypełniony po brzegi załogą zawieszoną pomiędzy życiem, a śmiercią. Wszystko to w akompaniamencie konwenansów, ckliwych miłostek, ekscentrycznego kapitana Jacka Sparrowa (Johnny Depp) i przyjemnych dla oka pomysłów realizatorskich.

ON: Jak można było Jacka Sparrowa wymienić na samym końcu? Postać nietuzinkowa pod każdym względem, pirat jakiego ze świecą szukać – zawadiaka, w każdym calu! Świetna stylówka, cięty język, dobre serce i dar do wpadania w tarapaty. Podczas seansu miałem wrażenie, że jest go na ekranie za mało.
Widziałam tę część już chyba… dziesięć razy? Tak na oko. Stąd kolejny seans potraktowałam raczej jako przypomnienie znanych mi wątków. Nie mniej jednak postaram się podejść do recenzji na poważnie i na tyle na ile mogę – ze świeżym spojrzeniem. Na wstępie zdecydowanie warto poruszyć kwestię osadzenia w historii. Nie czułam, żeby czegokolwiek brakowało fabule, wręcz przeciwnie była spójna i naprawdę można było się wiele dowiedzieć w fajny stopniowany sposób. W Piraci z Karaibów: Klątwa Czarnej Perły wszystko dzieje się po coś.

ON: To ogromny plus, zwłaszcza że to cecha nieczęsto spotykana w przygodówkach. A już w takich z mocną domieszką fantasy jest spotykana raz od wielkiego święta!

Jednocześnie nie będąc ani skomplikowanym ani ciężkim w odbiorze dla widza. To ten typ filmu, podczas którego czerpiesz przyjemność z obrazków i lekkiej historii. Nie ma tu ani dialogów na najwyższym poziomie, ani oscarowej gry aktorskiej. Są za to efekty i scenografia – w sam raz dla miłośników pirackich klimatów, filmów kostiumowych i przebieranek różnego typu.
ON: O no to dla mnie na przykład!
Kilka śmiesznych momentów, cała masa walki wręcz, intryg i wyczynów w stylu Johnego Deppa. Czyli jak kto lubi – dobry, stary Depp to zawsze lepsza opcja niż to, co obecnie wyczynia... Problem z tym filmem polega chyba na tym, że to już nie te czasy, aby się nim zachwycać- niestety. Podejrzewam, że gdybym opisywała go zaraz po premierze, nie znając możliwości współczesnego montażu, zrobiłby na mnie większe wrażenie. Obecnie? Obecnie jest już trochę przestarzały i zrealizowany w zbyt tradycyjnej konwencji. Ot klasyka.

ON: Trzeba jednak przyznać, że te 14 lat temu „Klątwa Czarnej Perły” dała mocny powiew świeżości. Pokazała film przygodowy w zupełnie nowej formie, która trafiła w gusta wielu odbiorców. Mam nadzieję, że piracka brać ukryta pod płaszczem współczesności ma się dobrze i czeka z niecierpliwością tak jak ja, na premierę „Zemsty Salazara” 😏

średnia ocen 7,0
czyli... dobre kino
film obejrzany dzięki Chili.Tv

Ukryte Piękno

Ukryte Piękno
recenzja

__

About me

Wszystkie filmy oceniamy w 5 kategoriach:

1- fabuła
2- dialogi/gra aktorska
3- fabuła/ realizacja
4- pod kątem gatunku
5- przyjemność z oglądania

w niezmiennej dziesięciostopniowej skali:

skala

opis

1

Nigdy w życiu!

2

Szkoda tracić czas...

3

W ostateczności

4

Na siłę

5

Można obejrzeć

6

Zaciekawił

7

Dobre kino

8

Prawie idealny

9

Wybitny

10

MAJSTERSZTYK!!


Odwiedziliście nas już

Zblogowani

zBLOGowani.pl